Pomorskie Forum Eksploracyjne
https://forum.eksploracja.pl/

Lębork, jeszcze słów kilka o pierwszych miesiącach
https://forum.eksploracja.pl/viewtopic.php?f=7&t=9879
Strona 1 z 1

Autor:  Apolinary [ 02 wrz 2008, 01:00 ]
Tytuł:  Lębork, jeszcze słów kilka o pierwszych miesiącach

polskiego miasta.

Spełniając życzenie niektórych polemistów tego wątku, abym powspominał o powojennych początkach miasta, dziś ponudzę kolejnymi reminiscencjami z czasów dawnego Lęborka.

Miasto roku 1945 to ogrom codziennych trudności w życiu osiedleńców - wilniuków, tzw. „tych zza Buga”, kaszubskich „bideuszy” i ludzi, którzy tu przybyli utraciwszy wszystko w wojnie, czy tak jak moja rodzina - w powstaniu warszawskim. Choć i niełatwo było żyć w nowych warunkach także znacznej liczbie żyjących jeszcze wówczas w Lęborku i jego okolicach - Niemcom. Los Niemców był jednak polskim osiedleńcom na ogół dość obojętny. Obie społeczności żyły niejako obok siebie.
Wprawdzie z trudnościami w zdobywaniu artykułów spożywczych borykało się wówczas społeczeństwo całego kraju, jednakże szczególnie dotkliwie odczuwali to osiedleńcy na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie wszystko należało budować od podstaw. Szczęśliwie, w miarę sprawnie funkcjonowały wodociągi i gazownia miejska. Wydaje mi się, że nie można też było się uskarżać na działanie ważnej instytucji - PUR’u (Państwowy Urząd Repatriacyjny); biurokracja była wówczas bodaj pojęciem jeszcze nieznanym. Przynajmniej przez pewien czas.
Służba policyjna, czyli Milicja Obywatelska, to – jak zapewne w większości miejscowości – zbieranina przypadkowych ludzi. Gdy na piekarnię przy ul. Róży Luksemburg, prowadzoną przez polskiego piekarza, pana Stanisława S. z małżonką i córką i współpracującego z nimi byłego właściciela piekarni (i całego budynku) – Niemca o nazwisku Blumberg, napadło w biały dzień kilku uzbrojonych krasnoarmiejców, przybyli z interwencją milicjanci, obrzuceni przez Rosjan wyzwiskami i pogróżkami, co rychlej zbiegli w popłochu. Byłem tego zdarzenia świadkiem.
Bardzo aktywna była już wówczas placówka UB. Jedną z jej pierwszych działalności było przesłuchiwanie, a raczej szykanowanie właśnie powracających z Zachodu żołnierzy II Korpusu WP, głównie Kaszubów (najczęściej wcześniejszych dezerterów z Wehrmachtu).
W tamtym czasie wielodniowym przesłuchaniom poddano w lęborskim UB i mojego ojca (emerytowany przedwojenny zawodowy żołnierz, b. członek AK i b. więzień obozów koncentracyjnych). Ubowcy usiłowali wmówić ojcu, iż jest krewnym jednego z przebywających na emigracji wyższych dowódców II Korpusu (w istocie przypadkowa zbieżność nazwisk).

Brakowało wszystkiego; zdobycie np. sprzętu – współcześnie określanego skrótem „AGD” – nie było - wbrew pozorom - łatwe. Bez trudu można było zająć wolne mieszkania, nawet w miarę dobrze umeblowane, ale radioodbiornik czy rower były nieosiągalne. Co odważniejsi i ci naiwni ryzykując nabywali wprawdzie upragniony przedmiot od krasnoarmiejca za butelkę/butelki bimbru, jednakze niejeden nabywca gorzko takiego handlu później żałował, bowiem ów sowiecki „bojec” nierzadko powracał doń nocą z kilkoma zbrojnymi swoimi towarzyszami i zarzucając polskiemu kontrahentowi oszustwo, brutalnie pozbawiał nabywcę przedmiotu handlu zamiennego, a ci, którzy zbyt stanowczo ociągali się z wypełnieniem woli krasnoarmiejca, z reguły i tak tracili ów przedmiot, bywało, że i życie. Głośne było w roku ’45 morderstwo popełnione przez Rosjan na dwojgu młodych ludzi. W dzień po ich ślubie wybrali się rowerem na wycieczkę. Zatrzymani przez sowieckich żołnierzy odmówili oddania im roweru – odmowę przypłacili życiem (towarzyszący małżeństwu kilkuletni krewniak uszedł z życiem). W nieco innych okolicznościach zabito panią M., znajomą moich rodziców, zamieszkałą przy ulicy Tczewskiej. Pani M., podobnie jak to czyniła większość osiedleńców, zawsze z pieczołowitością zapierała zmyślną konstrukcją z belek drzwi wejściowe swojego mieszkania. Uczyniła to także po dokonaniu jakiejś transakcji z „Ruskimi”. Z przybyłymi nocą jej niesumiennymi rosyjskimi kontrahentami z zamiarem odebrania jej przehandlowanego przedmiotu, pertraktowała przezornie tylko przez drzwi. Zwrotu przedmiotu zdecydowanie odmówiła. Wściekli krasnoarmiejcy w końcu odeszli, uprzednio jednak posławszy serię z pepeszy przez drzwi mieszkania pani W..

Powracam do sprawy tak pożądanego wówczas sprzętu „AGD”. Tego rodzaju przedmioty, obiekty pożądania mieszkańców, można było tylko oglądać i to przez pewien krótki okres czasu na zapleczu dworca kolejowego. Dosłownie sterty radioodbiorników, maszyn do szycia i do pisania leżały przez wiele dni jesienią 1945 roku w bliskości obecnej ulicy Żeromskiego. Zgromadzonego przez Rosjan sprzętu pilnował przez całą dobę wojskowy posterunek, zwykle jednoosobowy „post”. Rzecz niepojęta, sowieccy organizatorzy szabru nie zadbali o zabezpieczenie tych wrażliwych urządzeń przed działaniami atmosferycznymi, a przecież była jesień.
Niemieccy mieszkańcy miasta, którzy stosując się do zarządzeń swoich władz opuszczali miasto przed wkroczeniem Rosjan, sprzętu „AGD” z oczywistych względów nie zabierali ze sobą, ukrywając je, najczęściej nieudolnie, gdzieś na strychu, czy w „szauerku” przydomowego ogródka. Doświadczeni w grabieniu sowieccy szabrownicy starannie „przeczesywali” poniemieckie mieszkania i różne schowki dawnych mieszkańców gromadząc łupy z przeznaczeniem do wywiezienia do Rosji. Widywałem żołnierzy sowieckich, którzy nakłuwając długimi stalowymi prętami ogródki przydomowe wykopywali niekiedy liczne skrzynie z ukrytymi „skarbami” rodzinnymi byłych mieszkańców. Widziałem kiedyś, jak Rosjanin wykopał w ogrodzie przy ul W. Wasilewskiej dużą skrzynię z porcelaną i gospodarczymi przedmiotami metalowymi (być może srebrnymi). „Srebra”, załadowawszy do worka jak kartofle, Rosjanin poniósł, uprzednio potłukłszy porcelanę.

Tak bardzo potrzebną mojej mamie maszynę do szycia udało mi się wyhandlować od moich niemieckich rówieśników. Handel zamienny był wówczas powszechny, także z ludnością niemiecką; niemieccy tubylcy, mimo że dysponowali pewnymi starymi zapasami, np. opałem, nie mogli - w przeciwieństwie do Polaków – swobodnie nabywać pewnych artykułów, choćby ze względu na brak polskiej waluty, więc handel z Polakami im to ułatwiał.
Także w zdobyciu tak bardzo potrzebnego mojej rodzinie radioodbiornika pomogli mi moi niemieccy rówieśnicy. Uzyskany Volksempfänger miał wprawdzie niewielką usterkę, ale nietrudną do usunięcia.
N.B. usterka owego prymitywnego, popularnego niemieckiego radioodbiornika zainicjowała późniejsze moje wieloletnie zdobywanie zawodu.
Mój pierwszy lęborski rower był prymitywnym składakiem, pordzewiałą „damką”. Brakujące opony kół zastąpiłem ...grubym wężem ogrodowym. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, ile wysiłku fizycznego wymaga przejechanie wehikułem z tego rodzaju ogumieniem choćby jednego kilometra.

Wspomnę, że przybywszy na Ziemie Odzyskane, obaj z bratem solennie postanowiliśmy wziąć na Niemcach za nasze przeżycia w okupowanej Warszawie ...odwet. Oczywiście nie mieliśmy żadnego wyobrażenia o sposobie wcielenia zamiaru w czyn. Rychło okazało się, że radykalni szczenięcy mściciele przemienili się w przyjaciół „paczki” niemieckich rówieśników. To dzięki zażyłości z ową gromadką niemieckiej młodzieży udało się zdobyć wiele tak potrzebnych nam, nowo-osiedlonym, rzeczy. To moi niemieccy „kumple” zaopatrzyli mnie np. w cały komplet twórczości Karola Maya. O przeczytaniu książek Maya marzyłem od lat. To m. in. dzięki tym książkom i przemożnemu wysiłkowi związanemu z ich przeczytaniem w obcym języku, zawdzięczam późniejszą łatwość w opanowaniu języka niemieckiego.
Zdarzały się i wspólne dramaty. Oto, kiedy doszła do skutku od tygodni prowadzona przeze mnie wraz bratem transakcja wyhandlowania od niemieckich chłopców pistoletu (Walter 7,65), nastąpiła „wpadka”. W trakcie wspólnego, próbnego przestrzeliwania nabywanego przez nas „towaru” (w sosnowym młodniku, nieopodal ul. Luksemburg) zostaliśmy nagle otoczeni przez kilkoosobową grupę krasnoarmiejców. Żołnierze – uprzednio ich dowódca, rozdawszy żołnierzom do po jednym naboju do ich pepesz (żołnierze odbywali w lesie ćwiczenia bez amunicji) - zaprowadzili ujętych „polsko-niemieckich złoczyńców” do siedziby NKWD (w pamięci kojarzę ją z okazałą willą przy ul. Boh. Stalingradu, w bliskości mostu nad Łebą, dziś bodaj siedziba banku). Wielce wylęknieni stanęliśmy przed niemłodym oficerem; z jego pokrzykiwania zrozumiałem, że główny jego zarzut to ten, że my, chłopcy polscy zadajemy się z Niemcami. Padały też jakieś słowa o rozstrzelaniu. Myślę, że enkawudziści mieli ważniejsze sprawy, niż rozprawa z paroma małolatami, w kolejce do przesłuchania stało bowiem kilku sowieckich żołnierzy pod strażą. Po wrzaskliwej reprymendzie zamknięto nas na całą noc w piwnicy. Rankiem wyprowadzono całą naszą grupę z „tiurmy” i polecono ...udać się do swoich domów. Niestety, „obie układające się strony” – małolaty polskie i niemieckie - wspaniałego waltera utraciły.
Obaj z bratem utraciliśmy w późniejszych miesiącach jeszcze niejedną sztukę broni, którą pozbawiał nas WOP bądź milicja. I to zawsze w wyniku donosów naszych zawistnych kolegów. W tamtym czasie zarówno UB, jak i milicja, były w przypadku takich deliktów w miarę wyrozumiałe. Zapewne w regionach kraju, gdzie aktywne były zbrojne organizacje podziemne, konsekwencje za posiadanie broni były bardzo groźne.
Ostatni i jedyny uchowany jeszcze egzemplarz „spluwy” z dawnych zbiorów trafił w latach 50. na dno Łeby, w bliskości mostu, nieopodal budynku sądu. Rozsądek podyktował właścicielowi owego stalowego „kopyta” (kończącemu wówczas studia), iż przechowywanie tego rodzaju żelastwa naraża bliskich na poważne kłopoty, a i zainteresowanie takimi zabawkami już całkowicie zaniknęło.

Autor:  Darmatt [ 02 wrz 2008, 12:43 ]
Tytuł:  Re: Lębork, jeszcze słów kilka o pierwszych miesiącach

Takie wspomnienia czyta się jednym tchem :)
Czy ma Pan lub miał Pan kontakt z tą "paczką" niemiecką? Ciekawe jak by wyglądało spotkanie po latach :)

Autor:  colinQ [ 02 wrz 2008, 13:57 ]
Tytuł:  Re: Lębork, jeszcze słów kilka o pierwszych miesiącach

Zgadzam się z Dramatt'em, z zapartym tchem to czytałem... ;)
A co do broni wyrzuconej w Łebę, to w latach '80 (bodajże) podczas akcji pogłębiania oraz wzmacniania koryta rzeki prowadzonej przez Rejon Dróg Publicznych wyciągnięto duże ilości broni m. in. Mausery, bagnety, kordziki, zdarzały się i automaty... czyli zarówno broń biała jak i palną. Mój Tata mając znajomości w RDP (dziś LPRD) "załatwił" sobie parę sztuk "nożyków". ;) Niestety podczas kolkukrotnych zmian miejsca zamieszkania zaginęły...

Autor:  Małgorzata_Mazur [ 03 wrz 2008, 22:08 ]
Tytuł:  Re: Lębork, jeszcze słów kilka o pierwszych miesiącach

Panie Apolinary, z niecierpliwością czekam na dalsze Pańskie wspomnienia.

Do tej pory jakoś zawsze koniec wojny kojarzył mi się z takimi obrazkami: polska ludność wraca do opuszczonych przez niemieckich mieszkańców miast, krasnoarmiejców nie ma - wyzwalają pozostałe tereny... A przecież rzeczywistość była tak bardzo odmienna...
Na przykład kiedy moi dziadkowie wprowadzili się do mieszkania na Kościuszki - mieszkanie to bynajmniej nie było opuszczone. Mieszkała tam jeszcze jakaś Niemka. Zostawiła większość swoich rzeczy i mebli; wróciła np. po jakieś ciuchy, gdy dziadkowie już się zadomowili (swoją drogą były schowane w ławce - dziadkowie nawet nie wiedzieli, że klapa siedziska się podnosi i kryje pod sobą skrzynię/schowek). Przykre, gdy się pomyśli, co musieli czuć ludzie tacy, jak ta Niemka - zresztą jak i tysiące innych wysiedlanych. W końcu była to przez ileś lat jej ojczyzna, jej dom. Teraz nagle sytuacja się drastycznie zmienia... Historia, której człowiek uczy się w szkole, nie mówi o takich rzeczach. Jedynie ci, którzy doświadczyli podobnych sytuacji mogą wiarygodnie przekazać co się działo, co się wtedy czuło itd.

Swoją drogą, niesamowita była dla mnie informacja, że piekarnia przy obecnej ul. Mściwoja (dawniej Róży Luksemburg) działała już po wojnie (domyślam się, że i przed wojną z pewnością także). To moje bardzo bliskie sąsiedztwo - mieszkałam w budynku po przekątnej od tego z piekarnią;moja ciocia mieszka bezpośrenio nad piekarnią (nocna praca maszyn naprawdę może dopiec). Jakoś wplotła się ona w krajobraz okolicy od najwcześniejszego mojego dzieciństwa, ale nie spodziewałam się, że ma ona aż taką historię.

Pozdrawiam serdecznie

Autor:  Apolinary [ 04 wrz 2008, 21:37 ]
Tytuł:  Re: Lębork, jeszcze słów kilka o pierwszych miesiącach

Darmatt pisze:
Takie wspomnienia czyta się jednym tchem :)
Czy ma Pan lub miał Pan kontakt z tą "paczką" niemiecką? Ciekawe jak by wyglądało spotkanie po latach :)

Dziękuję za miłe słowa!
Z przyjaciółmi niemieckimi z tamtych lat nie utrzymuję kontaktu, a prawdopodobieństwo ich odnalezienia jest niewielkie.
Pozdrawiam

Strona 1 z 1 Strefa czasowa UTC+2godz.
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
https://www.phpbb.com/