Pomorskie Forum Eksploracyjne
https://forum.eksploracja.pl/

Grudziądz, marzec - wrzesień 1945. Cz. IV
https://forum.eksploracja.pl/viewtopic.php?f=7&t=6919
Strona 1 z 1

Autor:  Apolinary [ 03 gru 2007, 02:38 ]
Tytuł:  Grudziądz, marzec - wrzesień 1945. Cz. IV

Małolatów „zabawki” czasu wojny.
Moje zainteresowanie sprzętem wojskowym było konikiem przemijającym. I dzięki Bogu! Że owo moje niegdysiejsze hobby - choć trwało nieledwie kilka miesięcy roku 1945 – w ogóle pozwoliło mi ujść z życiem i niemal bez uszczerbku na zdrowiu, z pewnością zawdzięczam czujności mojego Anioła-Stróża. Po części może i „szkole”, jaką otrzymałem w podwarszawskim Pruszkowie, a ściślej w pobliskim Komorowie.
W przeddzień wkroczenia do Pruszkowa Kościuszkowców, a ściślej nocą z 16. na 17. stycznia ’45, uciekający Niemcy wysadzili w Komorowie bunkier zawierający niemiecki magazyn materiałów bojowych. Już wczesnym rankiem następnego dnia zbiegła się na rumowisko okoliczna młódź. Nie zabrakło tam i nas obu z moim starszym bratem. Śpiesznie wynoszono plecaki zwojów lontu, „piórniki” ze spłonkami (specjalnego kształtu drewniane pudełka, mające zasuwane zamknięcie podobne do szkolnego piórnika) zawierające po kilka spłonek, a także pakiety spłonek elektrycznych i różnego rodzaju zapalniki, np. do lontu, do granatów jajowych, do min, w tym do min-potykaczy. Łupem gawiedzi padły paczki rakiet sygnałowych, laski dynamitu, kostki amerykańskiego(sic!) trotylu (po kilkadziesiąt kostek w specjalnym metalowym pojemniku) i wiele innych materiałów. Ów trotyl to zapewne Niemców materiał zdobyczny, a być może pochodzący z alianckich zrzutów przeznaczonych dla powstańców.
Nasi starsi pruszkowscy koledzy - którzy wg niektórych statecznych obywateli tego miasteczka byli po prostu lokalną łobuzerią (już wtedy używano pejoratywnego określenia: chłopaki z Opryszkowa) - traktowali nas obu z pobłażaniem, a nawet z sympatią i nie rzadko podrzucali nam, głodującym włóczęgom, jakieś smaczne kąski. To oni poprowadzili nas do Komorowa, do owego zdetonowanego magazynu i to oni wprowadzali nas w arkana posługiwania się niemieckimi materiałami bojowymi instruując, co do czego służy i demonstrując, jak te materiały „wykorzystywać” w warunkach nie-bojowych (nigdy się nie dowiedziałem, skąd oni tę wiedzę posiedli). Natomiast naszymi późniejszymi eksperymentami pirotechnicznymi sromotnie naraziliśmy się naszym skądinąd porządnym pruszkowskim sąsiadom, którzy przecież aż do owych dni odnosili się do nas, włóczęgów, z dużą życzliwością.
Zdobyte w tamtych dniach w Komorowie/Pruszkowie doświadczenia rychło stały się nam, mojemu bratu i mnie, wielce przydatne, wręcz zbawienne, bowiem uchroniły nas w Grudziądzu od bezmiaru zagrożeń utraty zdrowia i życia.

Dla zilustrowania zagrożeń czyhających wówczas na laika, wspomnę o kilku tkwiących w mojej pamięci najbardziej dramatycznych zdarzeniach tamtych dni.
Koszary były w miarę upływu czasu nawiedzane przez coraz liczniejszych poszukiwaczy rzeczy użytkowych, ale i przez zwykłych ciekawskich. We wcześniejszym okresie kilkakrotnie pojawiały się grupy niemieckich jeńców dozorowanych przez Rosjan, ładujących na samochód leżącą w bezładzie niemiecką broń.
Tragiczne zdarzenie na terenie koszar: Pewnego dnia teren koszar penetrowali dwaj Rosjanie – oficer i szeregowiec w towarzystwie niemieckiego jeńca, który - jak sądzę - demonstrował czerwonoarmistom różnego rodzaju niemiecki sprzęt bojowy. Na placu apelowym koszar przed każdym budynkiem stały obszerne drewniane szafki na czterech nogach z materiałami bojowymi. Stanowiły zapewne dla jednostki mieszczącej się w określonym budynku rodzaj podręcznego magazynu amunicji strzeleckiej, pocisków garłaczy, granatów itp. Niemiec wydobywał z owych szaf co ciekawsze rzeczy zapoznając z nimi Rosjan. Demonstrował im m. in. egzemplarze niemieckich bezodrzutowych granatników typu Panzerfaust i Panzerschreck. Niemiec czynił to oczywiście tylko „na sucho“, nie odpalając żadnego z granatników. Oficer sowiecki naśladując Niemca zaczął w pewnej chwili manipulować przy Panzerfaust opierając przy tym głowicę granatnika o bruk. Czynił to nie bacząc na ostrzegawcze gesty Niemca. W pewnym momencie granatnik odpalił. Owych troje osób penetrujących koszary widziałem wcześniej osobiście, usłyszałem również głośny huk eksplodującej głowicy granatnika, natomiast przebieg wypadku opisali mi moi koledzy, obserwujący z pewnej odległości to zdarzenie. Koszary zapełniły się później sowieckim wojskiem i przez szereg godzin były niedostępne. Odniosłem wtedy wrażenie, że pośród nich był i ów jeniec, który ponoć cudem uniknął śmierci. Szczątki nieszczęsnego Rosjanina przez wiele godzin zbierała grupa sowieckich żołnierzy. Czynili to także i dnia następnego. Obaj z bratem napotykaliśmy szczątki tego nieszczęśnika jeszcze przez wiele dni.

Korona wałów wiślanych na wysokości koszar była dość szeroka. Służyła ona m. in. okolicznej dzieciarni jako plac zabaw i za boisko do gry w piłkę. Nie było to miejsce najbezpieczniejsze, bowiem w pobliżu znajdowały się (na zapleczu koszar, od strony Wisły) jakieś byłe wojskowe warsztaty naprawy podzespołów samolotów. Leżała tam duża ilość materiałów wybuchowych, przeważnie konfekcjonowanego w drewnianych skrzynkach (z dwoma uchwytami ze sznura konopnego) dynamitu i miny talerzowe. Jedne i drugie bez zapalników.
Tamże spadła pewnemu chłopcu w dół wału w czasie zabawy piłka, zatrzymując się na wiodącej kilka metrów poniżej wierzchołka wału drodze. Schodząc w dół wału po swoją piłkę, chłopak natknął się na minę, która ciężko go zraniła. Leżąc na owej niżej położonej drodze chłopak rozpaczliwie wzywał pomocy. Szybko zbiegli się okoliczni mieszkańcy, ale nikt się nie odważył zejść do dziecka po zaminowanym wale. Po pewnym czasie pojawili się milicjanci (wówczas przypadkowi, trwożliwi młodzi ludzie). Ale i oni nie mieli odwagi zejść do rannego, ponoć czekali na przybycie saperów. Zaoferowana przeze mnie i brata pomoc w rozminowaniu dojścia do chłopaka spotkała się z szyderstwami i przegnaniem nas przez owych żałosnych „stróżów prawa”. Po kilku dniach usunięto już tylko zwłoki chłopca.

Jednym z materiałów wojennych, który najszybciej stał się deficytowy, był lont. Środkiem zastępczym stał się proch strzelniczy pozyskiwany z nabojów armatnich (tego rodzaju amunicja zalegała koszary i wiele innych miejsc w mieście). W tym celu wystarczyło kilkoma zręcznymi ruchami wyjąć pocisk z łuski (zapalnik pocisku był z reguły zabezpieczony) i wysypać zeń naręcze prochu w postaci brunatnych prętów o długości kilkudziesięciu centymetrów i średnicy ok. pięciu milimetrów, a więc pasujące dokładnie do średnicy otworu typowej spłonki.
Elementem ryzyka związanym z użyciem tego prochu w miejsce lontu był osiowy otwór o średnicy ok. 1,5 mm biegnący wzdłuż pręta prochu. Gdy pręt został podpalony np. płomieniem zapałki, wówczas płomień płonącego pręta pełznął względnie powoli ku spłonce, powodując jej eksplozję z opóźnieniem. Natomiast w przypadku podpalenia pręta niemieckim zapalnikiem do lontu, istniało zagrożenie, że część snopa iskier wytryskujących z zapalnika mogła nie tylko zapalić proch, ale równocześnie dotrzeć przez ów otwór w pręcie wprost do spłonki i spowodować jej eksplozję bez pożądanego opóźnienia. Dramat jawił się wówczas, gdy spłonka umieszczona była w materiale wybuchowym.
(Niemiecki zapalnik do lontu wyglądem przypominał zapalnik do granatu jajowego, natomiast w miejsce ścieżki opóźniającej miał otwór dla wprowadzenia końca lontu).
Jeden z naszych rówieśników usiłował odpalić niemiecki granat jajowy z pomocą pręta prochu i właśnie owego zapalnika do lontu. Użył przy tym stosunkowo krótki odcinek pręta prochu. Granat wybuchł mu w dłoniach. Chłopakowi zabrakło wyobraźni, albo doświadczenia.
Bywając w latach 60. w Grudziądzu z wizytą u moich krewnych, widywałem owego mojego dawnego rówieśnika, już jako dorosłego mężczyznę. Kiedyś przypatrywałem się, jak z dużą zręcznością przypalał sobie papierosa rękami bez obu dłoni.

Inny z moich kolegów (pamiętam, że mieszkał w oficynie przy ul. Nadgórnej 49) doznał dotkliwych oparzeń twarzy. Stało się to skutkiem błędu, jaki popełnił przy odpalaniu zwykłej rakiety sygnalizacyjnej.
Ponieważ rakietnic trudno było uświadczyć - były bowiem bardzo pożądanym przez krasnoarmiejców łupem. Rakiet zaś było bardzo dużo, stąd szybko rozpowszechniła się swoista technika ich odpalania bez pomocy rakietnicy. Był to sposób, który poznaliśmy z bratem jeszcze w Pruszkowie: U podstawy łuski (na ogół aluminiowej), tuż powyżej kołnierza, należało wykonać otwór o średnicy ok. 3-4 mm (otwór większy prowadził do „jałowego” wypalenia się prochu przez otwór, nie powodując wyrzucenie swietlnego ładunku z łuski). Dziurkę tę wykonywaliśmy najczęściej pociskiem (tzw. „czubkiem”) naboju karabinowego, a uzyskany z rozbrojenia naboju proch strzelniczy (kwadratowe płatki ok. 1,5x1,5mm) posłużył jako quasi-lont, ścieżka prochu - zwykle o długości ok. 5 – 10 cm - poprowadzona (na twardym podłożu) do otworu w łusce rakiety, z którego dla dobrego „kontaktu” usypywało się zwykle trochę prochu czarnego. Czas dotarcia płomienia owego „lontu” do łuski - i do odpalenia rakiety - wynosił kilka sekund.
Ów nasz nieszczęsny kolega w miejsce prochu strzelniczego użył na wykonanie quasi-lontu prochu czarnego (z petardy), którego groźną właściwością było, że płonął błyskawicznie i dużym płomieniem. Właśnie tenże poparzył nieboraka.

Autor:  haenel [ 03 gru 2007, 10:39 ]
Tytuł: 

piękny materiał historyczny :!:
znam ten klimat z opowiadań ojca, który w 1945 miał 12 lat, czyli wiek najbardziej odpowiedni do tego typu doświadczeń :wink:
sam przez dziecięcą głupotę parę razy miał duuużo szczęścia...np. gdy odpalone w ognisku pociski do rakietnicy oślepiły go na kilka dni... albo gdy "samopał" wykonany z rakietnicy i komory nabojowej mauzera wraz z obrzynem lufy miał posłużyc do upolowania dzika, ale podczas strzału rozerwał się w dłoni.... itp.itd. albo podczas "wyzwolenia" gdy czerwonoarmiści dali mu kilka łódek z nabojami karabinowymi z podpuszczeniem, żeby wrzucił matce do ognia w kuchni :?

Autor:  wiesiu [ 03 gru 2007, 16:35 ]
Tytuł: 

Witam
Wykopałem łuskę arytleryjską z śladem strzału z karabinu w spłonkę, ale niestety ktoś trafił obok, pocisk przebił dno łuski i wyleciał bokiem, nie powodując detonacji prochu, a tylko jego wypalenie.
W następnym miejscu podobnie tylko strzał był celny, a nabój artyleryjski eksplodował rozrywając łuskę, wykopałem jeszcze kilka podobnych łusek rozerwanych i "nietrafionych" w spłonkę, doszedłem do wniosku że to poprostu powojenna zabawa chłopców. Zastanawiałem się czemu nie strzelali w detonator pocisku, (chyba wiem), w przypadku celnego strzału efekt natychmiastowy, przy strzale niecelnym tylko trochę ognia i dymu.
Czy może ktoś ma inny pomysł dlaczego strzelano w naboje armatnie z karabinu?
Pozdrawiam Wiesiu
Ps Bardzo fajnye teksty pisze Pan Apolinary. :D

Autor:  Cierech [ 03 gru 2007, 18:32 ]
Tytuł: 

KOlejny świetny tekst, wspanialy materiał ...

Forma w jakiej zostaja przedstawione te zdarzenia sprawia czlowiekowi chce sie czytac do samego konca :D

A ja osobiscie zawsze jestem ciekaw co bedzie nastepnym razem..

Pozdrawiam Serdecznie ! :D

Strona 1 z 1 Strefa czasowa UTC+2godz.
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
https://www.phpbb.com/