Pomorskie Forum Eksploracyjne
https://forum.eksploracja.pl/

Grudziądz, marzec - wrzesień ’45. Cz.III
https://forum.eksploracja.pl/viewtopic.php?f=7&t=6893
Strona 1 z 1

Autor:  Apolinary [ 30 lis 2007, 21:28 ]
Tytuł:  Grudziądz, marzec - wrzesień ’45. Cz.III

Zapasy żywności moich krewnych z ul. Nadgórnej, którzy z taką życzliwością przyjęli swojego warszawskiego krewniaka, były na wyczerpaniu. Zaopatrzenie w podstawowe artykuły żywnościowe praktycznie w mieście jeszcze nie istniało; tylko sporadycznie pojawiał się samochód wojskowy, z którego sowieckie żołnierki rozdawały chleb. Zdobywanie żywności wymagało dużej pomysłowości członków rodziny. Pomocne okazały się nabyte w Warszawie doświadczenia w tzw. „organizowaniu” podstawowych rzeczy niezbędnych do życia. Rychło stwierdziłem, że pobliskie poniemieckie koszary (przy ul. Koszarowej?) stanowiły źródło pozyskania wielu cennych artykułów. Z Nadgórnej wiodła do koszar prosta droga, należało tylko pokonać bardzo stromą skarpę (na wprost ul. Fortecznej). Penetrując żołnierskie kwatery łupami moimi stały się suchary, cukier w kostkach, pasta do butów, świeczki (w charakterystycznych kartonowych pudełkach w kształcie pudełka pasty do butów), mydło, proszek do prania, bielizna, a z rzadka nawet cenne puszki konserw z tuszonką i wiele innych artykułów żołnierskich w pełni przydatnych i cywilom. W owym czasie jeszcze nie napotkałem w koszarach „konkurencji”, bowiem „tubylcy” - wciąż jeszcze będący w szoku po właśnie przebytych walkach o miasto, a przy tym panicznie lękający się Rosjan, wówczas jeszcze nie odważyli się wchodzić na teren obiektów wojskowych. Wzorując się na funkcjonującym w okupowanej Warszawie handlu wymiennym, część moich łupów zamieniałem u zaprzyjaźnionej rodziny rolników, u państwa J., we wsi Mniszek koło Grupy, na wielce pożądane produkty wiejskie.
Z nie mniejszą pasją zbierałem w koszarach wybrane wojenne „zabawki”, a co atrakcyjniejsze lokowałem w moich piwnicznych skrytkach, które nierzadko odnajdywane były przez przerażonych znaleziskami moich krewnych.
W mieście chaos panował jeszcze przez wiele miesięcy; brakowało wody bieżącej, energii elektrycznej i gazu. Np. noszenie wody pitnej z odległej o około kilometr i jedynej czynnej w tej części dzielnicy pompy, która znajdowała się bodaj na końcu ul. Fortecznej (Jagiełły?). Wielce pomocne w zaopatrywaniu w wodę były popularne wówczas tzw. szondy, rodzaj drewnianych nosideł naramiennych z dwoma zawieszonymi nań wiadrami i z pływającymi we wiadrach deseczkami (żeby zapobiec wychlapywaniu z wiader wody). Nie muszę dodawać, że noszenie po kilkakroć dziennie dwóch wiader pełnych wody przez rachitycznego nastolatka nie należało do czynności przezeń wymarzonej.
W drodze do pompy mijałem każdorazowo kilka zwłok niemieckich żołnierzy, które przez wiele jeszcze dni leżały na jezdni ulic Nadgórnej i Fortecznej (Jagiełły?). Wpadłem wówczas na niezbyt rozsądny pomysł - postanowiłem mianowicie zbierać dokumenty i zdjęcia rodzinne poległych żołnierzy niemieckich. Dokumenty leżały zwykle na zwłokach, albo obok nich (zapewne czyjeś ręce już wcześniej penetrowały kieszenie mundurów). W krótkim czasie zebrałem pokaźny plik dokumentów i zdjęć, ale ktoś z lękliwych domowników mi je ze schowka usunął. Dokładnie sprecyzowany cel tego osobliwego kolekcjonowania mi wprawdzie nie przyświecał, był to - być może - zwiastun moich późniejszych zainteresowań historią najnowszą.
Bardzo pragnęliśmy z bratem (po paru tygodniach matka z rodzeństwem również dotarli do Grudziądza) dotrzeć do Wisły dla łowienia ryb. Dotarcie do brzegów rzeki ze szczytu wałów (od strony koszar) było w tamtym czasie trudne, bowiem zbocza wału zaminowane były minami przeciwpiechotnymi - potykaczami (z zapalnikiem z trzema rozczapierzonmi czułkami ze stalowego drutu), zaś brzeg rzeki innym rodzajem potykaczy. Szczęśliwie przy każdej tego typu minie na zboczach wału były jeszcze wbite w ziemię wimple ostrzegawcze - małe, zawieszone na stalowym pręcie żółte chorągiewki trójkątne z trupią czaszką i napisem "Mine"), które Niemcy przypuszczalnie nie zdążyli przed opuszczeniem przedpola usunąć. Rozbrojenie tych min było więc stosunkowo łatwe, zwłaszcza że tego rodzaju zapalniki dobrze już poznaliśmy w podwarszawskim Komorowie; wystarczyło bowiem włożyć w trzpień z czułkami zawleczkę (wiszącą przy zapalniku na sznureczku), aby uczynić zapalnik nieaktywnym. Poczym można było już całkiem bezpiecznie wykręcić zapalnik z miny (wbita w ziemię metalowa puszka wypełniona materiałem wybuchowym i niekształtnymi kawałkami metalu). Zaś po wyjęciu z zpalnika standardowej spłonki (ok. 5-centymetrowej długości rurka aluminiowa i średnicy ok. 6 mm) sam zapalnik dla zabawy odpalaliśmy przez lekkie odgięcie jednej z czułek, oczywiście uprzednio wyjąwszy zawleczkę. Znacznie trudniej było uporać się z potykaczami zainstalowanymi w równinnym pasie wiklin przy samym brzegu rzeki. Tu Niemcy przymocowali miny do krótkich, przyziemnych kikutów po wyciętej wcześniej wiklinie, a do zawleczek zapalników dowiązane były cienkie, rozpostarte tuż przy ziemi i napięte stalowe druty. Cała instalacja była świeżo położona, a ponieważ zieleń jeszcze nie porosła (było przedwiośnie), stąd zarówno druty, jak i same miny były dobrze widoczne. Także i te zapalniki były nam obu znane. Tu wystarczyło w zawleczkę trzpienia włożyć kontr-zawleczkę, odciąć druty i całkowicie bezpiecznie wykręcić zapalnik. Na koniec także i ten zapalnik po wyjęciu zeń spłonki odpalaliśmy dla zabawy. W ten sposób rozminowaliśmy ok. trzymetrowej szerokości pas, począwszy od wierzchołka wału aż po sam brzeg rzeki, a raczej do dwóch dużych łach wiślanych. Dotarłszy do łach doszliśmy do wniosku, że szanse skutecznego łowienia wędką są niewielkie – zwłaszcza, że sprzętem wędkarskim nie dysponowaliśmy - postanowiliśmy więc je głuszyć granatami. Dogodne miejsce znaleźliśmy przy większej z łach, z dala od leżących przy brzegu mniejszej z nich kilku szpetnie pokiereszowanych zwłok niemieckich żołnierzy. Zmontowaliśmy z leżącego tam rumowiska belek i desek prowizoryczną tratwę, poczym ja obrzucałem łachę granatami, a brat wyławiał z wody do wiadra ogłuszone ryby. Dużo ryb. Po kilku dniach w obu „naszych” łachach ryby już nie wypływały i to był kres naszego kłusownictwa. Na odleglejsze łachy i na samą Wisłę lękaliśmy się wypływać, wymagało to zresztą dalszego rozbrajania min, czego się mimo wszystko lękaliśmy. Bez koniecznej potrzeby nie narażaliśmy się, byliśmy przecież mimo wszystko świadomi zagrożeń.

Autor:  Cierech [ 01 gru 2007, 01:53 ]
Tytuł: 

KOlejna ciekawa opowieść, znowu jestem pod wielkim wrazeniem..

Pozdrawiam i prosze czesciej ! :D

Autor:  Okonek [ 08 wrz 2008, 21:53 ]
Tytuł:  Re: Grudziądz, marzec - wrzesień ’45. Cz.III

Apolinary pisze:
Rychło stwierdziłem, że pobliskie poniemieckie koszary (przy ul. Koszarowej?) stanowiły źródło pozyskania wielu cennych artykułów. Z Nadgórnej wiodła do koszar prosta droga, należało tylko pokonać bardzo stromą skarpę (na wprost ul. Fortecznej).


Czy te koszary to te na lewo od tych z fotografi ?

Załączniki:
04669beec13788fc.jpg
04669beec13788fc.jpg [ 40.04 KiB | Przeglądany 863 razy ]

Strona 1 z 1 Strefa czasowa UTC+2godz.
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
https://www.phpbb.com/