Pomorskie Forum Eksploracyjne
https://forum.eksploracja.pl/

Grudziądz 1945 c.d. Rosjanie - przyjaciel czy wróg?
https://forum.eksploracja.pl/viewtopic.php?f=7&t=6867
Strona 1 z 1

Autor:  Apolinary [ 27 lis 2007, 15:28 ]
Tytuł:  Grudziądz 1945 c.d. Rosjanie - przyjaciel czy wróg?

Do Pruszkowa wkroczyły wojska Berlinga. Rosjan widywałem wówczas tylko sporadycznie; m. in. kilkakrotnie oficera w błękitnej czapce w towarzystwie dwóch uzbrojonych żołnierzy. Później dowiedziałem się o dokonywanych przez Rosjan licznych aresztowaniach.
Przez całą wielodniową podróż odbytą z Pruszkowa, a ściślej ze stacji Ożarów, do Grudziądza, spotykałem się ze szczerą pomocą ze strony sowieckich żołnierzy; bez sprzeciwu pozwalali wsiąść do pociągów, czy aut wiozących sprzęt wojskowy bądź ludzi. Także dzięki nim nie odczułem głodu; dzielili się swoim żołnierskim chlebem, kawałkiem słoniny czy cebuli, częstowali zupą. A kiedy bezskutecznie próbowałem znaleźć nocleg na etapach mojej podróży w Radzynie i Wąbrzeźnie, to także interwencja krasnoarmiejca pomagała mi znaleźć nocleg. Teraz nie trudno zrozumieć zastraszonych mieszkańców owych miasteczek, że nie chcieli wpuścić do swoich domów zawszonego biezprizornego. Czy dziś znajdzie się taki życzliwy, który wpuści do domu bezdomnego, nawet małolata? Wówczas sytuacja była jednak inna (mroźna zima), nie istniały noclegownie, instytucje charytatywne, czy choćby ciepły kąt w poczekalni dworcowej.
W pierwszych tygodniach po zajęciu Grudziądza, potraktowali sowieci miasto i jego mieszkańców jako zdobycz wojenną. Rabunek i gwałty były na porządku dziennym. Niewiele zdała się wielu kobietom charakteryzacja na „stare baby”. Tak, jak i wielu Grudziądzan nie uchroniła przed rabunkiem wywieszona na drzwiach mieszkania zwięzła deklaracja napisana poprawną cyrylicą „KWARTIRA POLIAKA”.
Już od kwietnia przez miasto toczyły się tygodniami kolumny mężczyzn, cywilów w różnym wieku, konwojowanych przez krasnoarmiejców poprzez drewniany most przez Wisłę (zadziwiająco szybko zbudowany przez sowieckich saperów). Równie długie były stada trofiejnego bydła pędzonego przez Rosjan na przemian tą samą trasą na wschód. Gdy kolumny dotarły do miasta o zmierzchu, konwojowanych ludzi rozmieszczano na nocleg w różnych punktach miasta pod gołym niebem. Takim miejscem było np. obszerne podwórze przy ul. Ogrodowej vis-a-vis banku. Ludzie spali pokotem na gołej ziemi. Pewną liczbę mężczyzn umieszczano w dużych garażach zajmujących jedną stronę podwórza, kóre były przez Rosjan na noc zamykane. Pewnego razu obserwowałem, jak do garażu wszedł młody czerwonoarmista i zdjętym z bioder pasem bił więzionych w garażu ludzi. Pamiętam żałosne błagania postponowanego starszego wiekiem Niemca, jego krzyk: (dosłownie) „..Herrchen! Bitte nicht hauen!”. Podobnie czynił ów rosyjski maładiec kolejno w dalszych garażach.
Późnym rankiem, kiedy lRosjanie ponownie utworzyli kolumny marszowe, na podwórzu pozostawało zwykle kilka zwłok. Nigdy nie zauważyłem, by podawano Niemcom jakikolwiek posiłek.
Wspominając tamte czasy wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego owo postępowanie Rosjan, ten żałosny krzyk bitych ludzi, nie robiły na świadkach tych zdarzeń, także na mnie, większego wrażenia. Czy dlatego, że bitymi byli Niemcy? Czy może był to skutek naszej wojennej znieczulicy?
Dopiero po latach dowiedziałem się, że pośród wówczas pędzonych do Rosji ludzi byli nie tylko Niemcy. Byli pośród nich ludzie różnej narodowości, także Polacy.

Rychło powstała niemal w centrum miasta jedna z „wysp” Archipelagu GUŁAG – obóz NKWD zaadaptowany z niedawnego niemieckiego obozu dla robotników przymusowych, dla tzw. Ostarbeiter. Szereg baraków - otoczonych dotychczas niewysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego - obudowano podwójnym, wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego i częściowo płotem wykonanym z desek. Wokół obozu ustawiono charakterystyczne drewniane wieże strażnicze ze zbrojnymi strażnikami. Przebywając częstokroć w bliskości obozu, widziałem wynędzniałych więźniów, których wygląd i zachowanie przypominały opisy owych „muzułmanów” z niemieckich obozów koncentracyjnych. Po terenie obozu snuli się flegmatycznie wychudzeni więźniowie, grzebiący w stertach śmieci i załatwiający swoje potrzeby kucając wokół baraków. Kilkakrotnie byłem świadkiem wywożenia zwłok z terenu obozu. Wywozili je prymitywnymi wózkami więźniowie, stąd mogłem wnosić, że grzebano je w bliskości obozu.
Pewne okoliczności sprawiły, iż mogłem dwukrotne wejść na teren tego obozu. W pewnym sensie legalnie. Postaram się kiedyś opisać okoliczności tych wizyt.
Pod koniec lata ’45 obóz został zlikwidowany, a więźniowie pognani na wschód, zapewne gdzieś do obozów Gułagu. Obserwowałem przebieg ewakuacji obozu: na drodze tuż poza obrębem obozu, podczas wielogodzinnego apelu, trwały korowody z powtarzanym liczeniem więźniów. Nieustannie kolumnami więźniów manewrowano, dokonywano niezrozumiałych roszad. Wokoło stały gęste posterunki strażników NKWD (w niebieskich czapkach). W pobliżu łagierników stało kilka kobiet z pakunkami usiłujących zbliżyć się do więźniów, zapewne do swoich bliskich, co również świadczyło o obecności Polaków wśród tych więźniów.
Uwagę zwracało dwóch niemieckich więźniów-księży (w wyświechtanych sutannach). W przeciwieństwie do pozostałych współwięźniów sprawiali wrażenie ludzi pogodnych; byli bardzo aktywni, ze swobodą poruszali się pośród więźniów. Widać darzono ich przywilejami.

Doświadczenia związane z bytnością wojsk sowieckich w Polsce były udziałem mojej rodziny jeszcze przez kilka powojennych lat. Osiadłszy (jesienią 1945) na tzw. Ziemiach Odzyskanych, w miejscowości L., przeżyliśmy wiele dramatów, m.in. wymordowanie całej wieloosobowej rodziny Lis, zamordowanie nowożeńców następnego dnia po ich ślubie (odmówili oddania Rosjanom roweru), zamordowanie naszej bliskiej znajomej, pani M.. Odmówiła nieszczęsna otwarcia krasnoarmiejcom nocą swoich drzwi (drzwi domów i mieszkań były wówczas - z wiadomych powodów - zapierane różnymi zmyślnymi podporami), więc strzelili przez drzwi.

Autor:  heinz [ 07 gru 2007, 22:47 ]
Tytuł: 

Gdzie, według Pana znajdował się wspomniany obóz przejściowy NKWD?
Nie wiem, czy Pan wie, ale okolice Nadgórnej w latach 70-tych i 80-tych uznawane były za najbardziej "cudowne" okolice miasta, gdzie niejeden cud się zdarzał.

Grudziądz , chyba wciąż jest atrakcyjny dla eksploratorów. Łuski, lotki od pocisków moździerzowych, całe pociski, czy radzieckie hełmy wykopywałem osobiście podczas zwykłego przekopywania ogródka działkowego. Kilku chłopaków z osiedla Kopernika jako szkolnej teczki używało walcowatego, niemieckiego pojemnika na maskę p.gaz. Około roku 1982-1983 praktycznie każdy dzieciak w mieście miał w posiadaniu niemiecki medal "Za kampanię 1939". Kilku znajomych punków nosiło na skórach Żelazne Krzyże. Z tego co pamiętam w okolicach Ratusza odkopano piwnicę pełną niemieckich odznaczeń.

Nieco inaczej oceniam sprawę podpisywania Volkslisty, wprawdzie moi dziadkowie z odległej o 50 kilometrów Brodnicy takowej nie podpisali, jednak wśród kolegów, którzy mieli korzenie grudziądzkie sporo było sytuacji, gdzie jeden z dziadków wojował w polskim wojsku, zaś drugi biegał po polach w feldgrau. Jedna z opinii jaką słyszałem z pierwszej ręki brzmiała, że już w 1943 roku alternatywą dla podpisania listy był w najlepszym przypadku obóz. Niemcy, według tej opinii, wykazywac mieli mieszkańców miasta jako pełnoprawnych Ubermenschów, raporty twierdziły, ze element obcy został usunięty i administracja była w egzekwowaniu niemieckości bezwzględna.

Z ogromną przyjemnością, czytam Pana wspomnienia. Czekam niecierpliwie na następne, w szczególności opisujące miasto tuż po wyzwoleniu.

Autor:  Apolinary [ 09 mar 2008, 02:08 ]
Tytuł: 

heinz pisze:
Gdzie, według Pana znajdował się wspomniany obóz przejściowy NKWD?
Nie wiem, czy Pan wie, ale okolice Nadgórnej w latach 70-tych i 80-tych uznawane były za najbardziej "cudowne" okolice miasta, gdzie niejeden cud się zdarzał.


Obóz NKWD utworzono w barakach byłego niemieckiego obozu dla Ostarbeiter’ów. Myślę,że w okolicy obecnej ulicy B. Malinowskiego. W czasie mojej ostatniej bytności w Grudziądzu przed ok. dwoma laty odnalazłem to miejsce, byłem jednak pod wrażeniem tego miejsca i nie zapamiętałem dokładny jego adres. Z samego obozu pozostał jeden barak (zagospodarowany przez jakieś przedsiębiorstwo). Dokładny adres będę mógł Panu podać niebawem po konsultacji z moimi grudziądzkimi krewnymi.

Cytuj:
Grudziądz , chyba wciąż jest atrakcyjny dla eksploratorów. Łuski, lotki od pocisków moździerzowych, całe pociski, czy radzieckie hełmy wykopywałem osobiście podczas zwykłego przekopywania ogródka działkowego. Kilku chłopaków z osiedla Kopernika jako szkolnej teczki używało walcowatego, niemieckiego pojemnika na maskę p.gaz. Około roku 1982-1983 praktycznie każdy dzieciak w mieście miał w posiadaniu niemiecki medal "Za kampanię 1939". Kilku znajomych punków nosiło na skórach Żelazne Krzyże. Z tego co pamiętam w okolicach Ratusza odkopano piwnicę pełną niemieckich odznaczeń.

Nieco inaczej oceniam sprawę podpisywania Volkslisty, wprawdzie moi dziadkowie z odległej o 50 kilometrów Brodnicy takowej nie podpisali, jednak wśród kolegów, którzy mieli korzenie grudziądzkie sporo było sytuacji, gdzie jeden z dziadków wojował w polskim wojsku, zaś drugi biegał po polach w feldgrau. Jedna z opinii jaką słyszałem z pierwszej ręki brzmiała, że już w 1943 roku alternatywą dla podpisania listy był w najlepszym przypadku obóz. Niemcy, według tej opinii, wykazywac mieli mieszkańców miasta jako pełnoprawnych Ubermenschów, raporty twierdziły, ze element obcy został usunięty i administracja była w egzekwowaniu niemieckości bezwzględna.


Sprawa podpisywania przez ludność polską niemieckiej listy narodowej (DVL) intryguje mnie od dawna. Aby odnieść się do Pańskiej oceny tej kwestii, muszę się powołać na szereg istotnych faktów.
12.IX.1940 r. ukazał się tajny okólnik Himmlera dot. spraw selekcji narodowościowej, a 7.III.1941 r. weszło w życie rozporządzenie Himmlera (z dn. 4.III.41) o niemieckiej liście narodowej i obywatelstwie niemieckim na obszarach wschodnich, ustanawiające instytucję niemieckiej listy narodowej - Deutsche Volksliste (DVL) na obszarach polskich wcielonych do Rzeszy. To rozporządzenie Himmlera oraz tajne postanowienia wykonawcze ministra Fricka z dn. 13.III. tegoż roku ustalały różnego rodzaju stopnie przynależności państwowej, wprowadzając zasadę podziału ludności na cztery grupy. Do I grupy (Reichsdeutsche) zaliczono Niemców z pochodzenia, którzy do wybuchu wojny aktywnie pracowali na rzecz Rzeszy i otwarcie przyznawali się do niemieckości. Byli to tzw. aktywni Niemcy. Do II grupy DVL (Volksdeutsche) desygnowano Niemców z pochodzenia, którzy kultywowali swe tradycje tylko w domu i środowisku zamieszkania, zachowując niemieckość. Byli to tzw. bierni Niemcy. Osoby zaliczone do grup I i II korzystały z najwyższego stopnia obywatelstwa niemieckiego i posiadały dowody osobiste (Ausweis der Deutschen Volksliste) barwy niebieskiej. Nazwiska o brzmieniu polskim osób grup I i II ulegały najczęściej zniemczeniu i to z reguły z woli zainteresowanych (np. Król na Kroll, Majewski na Meyer itp.).
Do III grupy (Eingedeutschte) zaliczono osoby pochodzenia niemieckiego spolonizowane (spokrewnione z Niemcami, kiedyś wyznania protestanckiego itp.) lub nie będące Niemcami, ale "ciążące ku niemieckości" (tak traktowali Niemcy m.in. Ślązaków, Kaszubów i Mazurów), a wg Gauleitera ALBERTA FORSTERA (Gau Danzig-Westpreussen) w ogóle wszystkie osoby znające niemiecki lub posiadające nazwisko czy imię niemieckie. W ocenie hitlerowców gwarantowały one szybką "regermanizację". Osoby takie posiadały dowody osobiste (Ausweis) barwy zielonej. Wpisani do grupy III DVL nie mogli być przyjmowani do NSDAP, a jedynie do przybudówek tej organizacji, jak HJ/BDM i S.A., NSKK. Nazwiska o brzmieniu polskim osób grupy III miały ulec zniemczeniu w okresie przewidzianym do uzyskania obywatelstwa pełnoprawnego.
Osoby, które stanowczo odmawiały przyjęcia listy narodowej (DVL) były nierzadko wysiedlane wraz z całymi rodzinami na teren Generalnego Gubernatorstwa, lub osadzane w obozach dla przesiedleńców, np. takich jak potulicki (filia KL Stutthof). Mężczyźni byli częstokroć wcielani do Organizacji Todt’a i kierowani do wykonywania ciężkich robót inżynieryjno-budowlanych na rzecz wojska, niejednokrotnie w bliskości działań wojennych.
Do IV grupy DVL (Schutzangehörige des Deutschen Reiches) zaliczano osoby pochodzenia niemieckiego, tzw. „spolszczeni Niemcy”, a więc ludzie, którzy urodzili się w miejscowościach należących do 1918 r. do Rzeszy niemieckiej, a następnie „ulegli spolszczeniu". Do tej grupy zaliczano też osoby obcoplemienne.
Każdej z czterech grup listy narodowej przypisane były inne przywileje; najkorzystniejsze [kartki żywnościowe z najwyższymi przydziałami żywności oraz talony (Bezugscheine) na szeroki asortyment różnych dóbr] przysługiwały osobom z grup I i II. Jednakże na wszystkich wpisanych na DVL, zarówno na Niemcach, jak i na Polakach, ciążył ten sam obowiązek służby wojskowej.

Poszczególni Gauleiterzy stosowali wobec Polaków w podległym im okręgu (Gau) politykę opartą na własnej interpretacji rozporządzenia Himmlera z dn 4.III.41 r.. ARTUR GREISER, gauleiter Warthegau (Wielkopolska) był przeciwny zniemczania Polaków (Eindeutschung), uznając ich za niegodnych nadawania im statusu członka narodu niemieckiego. Ok. pół miliona zamieszkujących ten obszar Polaków wysiedlono przymusowo do Generalnego Gubernatorstwa, a ci, którzy otrzymali zgodę na podpisanie określonej grupy DVL, musieli szczególnie intensywnie o to zabiegać. Inaczej postępował FORSTER, gauleiter Gau Danzig-Westpreussen (Pomorze Gdańskie). Kierując się „przesłankami historycznymi”, jak i stale narastającymi potrzebami militarno-gospodarczymi Rzeszy, stawiał na zgermanizowanie jak największej liczby miejscowej ludności.
W Warthegau (Wielkopolska) kierowano się w sprawach narodowościowych względami czysto rasowymi; trzeba było zadać sobie dużo wysiłku i starań, by zostać wpisanym na listę narodową. Natomiast w Gau Danzig-Westpreussen (Pomorze Gdańskie), w którym chciano niemieckiej armii zapewnić nowe ilości „mięsa armatniego” (Kanonenfutter), trzeba było hartu woli, aby oprzeć się akcji zniemczania.
FRITZ BRACHT, Gauleiter Górnego Śląska (Reichsgau Schlesien), reprezentował stanowisko, że przesiedlenia w warunkach przedłużającej się wojny, zwłaszcza z terenu uprzemysłowionego Śląska, doprowadziłyby nieuchronnie do poważnych perturbacji w pracy kopalń, hut i wielu innych zakładów związanych z produkcją dla frontu. Co nie znaczy, że rezygnowano z germanizacji ludności Śląska, także i na Śląsku masowo zniemczano Polaków przyjmując za podstawę, iż większość Ślązaków to „spolszczeni Niemcy”, którzy urodzili się na obszarze należącym do roku 1918 do Rzeszy niemieckiej. Ślązaków zniemczano masowo, wpisując ich zwłaszcza do grup III i IV DVL. Jednak nie zwalniało to Polaków „wielkodusznie obdarowanych” trzecią grupą Volkslisty od podpisywania stosownych deklaracji.
Odmowa złożenia wniosku o przyjęcie do DVL nie rzadko pociągała za sobą konfiskatę mienia, groziło to i tam wysiedleniem lub obozem. Na Śląsku utworzono 22 obozy dla Polaków (Polenlager), w których więziono bezterminowo całe rodziny. Jak już wyżej wspomniałem, podobne obozy istniały także na Pomorzu Gdańskim.
W efekcie realizacji przez Gauleiterów osławionego rozporządzenia Himmlera z dn 4.III.41 r. takich nowo-kreowanych Niemców polskiego pochodzenia (Volksdeutsche i Eingedeutschte), było na obszarze inkorporowanym do Rzeszy łącznie ok. 3,5 miliona. Łatwo więc wywnioskować, ilu mężczyzn z tej liczby polskiej ludności mogło zasilić Wehrmacht w mięso armatnie; wg niemieckich historyków w samym tylko Wehrmachcie służyło 250 tys. żołnierzy niemieckich narodowości polskiej. Niemieccy żołnierze Wehrmachtu przezywali owych żołnierskich towarzyszy – Polaków „die Beutekameraden”. W audycji telewizyjnej zatytułowanej „Beutekameraden: Polnische Soldaten in der Wehrmacht”, nadanej w swoim czasie przez stację telewizyjną ARTE, wykorzystano szereg wywiadów przeprowadzonych z Polakami, byłymi żołnierzami Wehrmachtu. Wielu z nich służąc w Wehrmachcie nawet nie znało języka niemieckiego, rozumieli jedynie niemieckie komendy wojskowe. Pewien Ślązak, jeden z owych weteranów Wehrmachtu, opowiedział reporterowi (setnie przy tym ubawiony!) o pewnej haniebnej sytuacji, kiedy to jego kompania, złożona w większości z „polskich” wehrmachtowców, wkraczając do właśnie „zdobytego” przez nich francuskiego miasteczka, nie była w stanie zaśpiewać nawet jednej niemieckiej piosenki wojskowej. Wobec czego dowódca pozwolił im zaśpiewać jakąkolwiek im znaną polską. I oto kompania hitlerowskiego Wehrmachtu radośnie zaśpiewała polską pieśń ... „wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani”.
Jawi się retoryczne pytanie: jak zachowywali się owi polscy Beutekameraden, gdy ich wehrmachtowskie jednostki dokonywały na różnych frontach zbrodni wojennych? Czy może dowódcy „naszych” wehrmachtowców usłyszeli od nich: „ich mach’s nicht mit!”? Któż byłby skłonny w to uwierzyć?
Oto kilka liczb obrazujących skutki polityki zniemczania Polaków: wg niemieckiego historyka Heinricha Jaenecke na obszarach wcielonych do Rzeszy liczba osób objętych grupami I i II listy narodowej sięgała 1 miliona, objętych grupą III 1,3 miliona, a grupą IV 83000.
Polski historyk Józef Milewski podaje przybliżone proporcje na Pomorzu Gdańskim (Gau Danzig-Westpreussen). Tak więc na przykładzie Starogardu, który liczył wiosną 1943 r. 18638 mieszkańców, osób w grupach I i II było 3714 (19,9 %), w grupie III 14085 (75,5 %), natomiast Volkslisty nie podpisało nieledwie 801 Polaków. W stosunku do ogółu Polaków liczba wpisanych do III grupy stanowiła aż 94,6 %.
Podobnie kształtowały się te relacje w Grudziądzu: Wg historyka Katarzyny Miller liczba ludności Grudziądza na dzień 17.8.1945 wyniosła 40660 osób. W tej liczbie 1097 Reichsdeutsche i Volksdeutsche (I i II grupa DVL) i aż 30000 osób z III i IV grupą DVL.
Znam nastroje panujące pośród Polaków, mieszkańców Grudziądza, w czasie okupacji niemieckiej; powszechnie panował paniczny lęk przed obozem pracy (synonimem grozy były Potulice*), a jeszcze bardziej przed wysiedleniem do Generalnego Gubernatorstwa. Nasuwa się retoryczne pytanie: gdyby Polacy na tych obszarach solidarnie wykazali się patriotyzmem i odmówili podpisywania Volkslist, czy Niemcy byliby w stanie przesiedlić ich wszystkich do GG, albo osadzić w obozach pracy?

*) Przytoczę tu kilka informacji dot. obozu w Potulicach. W przeddzień wyzwolenia 21.01.1945 r. w obozowej ewidencji było 11188 osób. Przyjmuje się, że ogółem w obozie było ok. 25 tys. osób. W ewidencji zgonów odnotowano 1297 osób, w tym 767 dzieci.
Po roku 1945 w obóz stanowił miejsce internowania 20000 d0 30000 Niemców (i Volksdeutschów). W grudniu 1947 r. przebywało w obozie ok. 24000 Niemców, w tym 6000 dzieci. W obozie zmarło 3500 internowanych Niemców.

Strona 1 z 1 Strefa czasowa UTC+2godz.
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
https://www.phpbb.com/