| Pomorskie Forum Eksploracyjne https://forum.eksploracja.pl/ |
|
| Walki o Oliwę w 1945 r - relacje świadków https://forum.eksploracja.pl/viewtopic.php?f=7&t=6061 |
Strona 1 z 1 |
| Autor: | penetrattor [ 13 lut 2008, 21:35 ] |
| Tytuł: | |
Może tak ktos przetłumaczyłby ten tekst.Nie każdy w końcu miał dziadka w wehrmachcie, albo był w waffen ss :D |
|
| Autor: | panzerule [ 13 lut 2008, 22:10 ] |
| Tytuł: | |
Posiadanie dziadka w Wh nie gwarantuje znajomosc jezyka,jak tos chce to uzyje translatora lub slownika.Nie badz taki wygodny kolego. |
|
| Autor: | Kalaruch [ 14 lut 2008, 10:29 ] |
| Tytuł: | |
Poświęcę się i wam przetłumaczę - będę to robić stopniowo, coś a'la Moda na sukces Lecimy: Następująca relacja jest streszczeniem z listu od 31. marca 1946, napisana od rodaka, który z rodziną na Kaisersteg w Oliwie miał własny domek. W sobotę 24 marca 1945 pierwsi Rosjane przybyli o 16.30 z czołgami pod mój dom. Siedzieliśmy w piwnicy, granaty wpadały do ogrodów i domów przez okna. Walka wokół lotniska trwała w najlepsze. Rosjanie musieli atakować przy tym trzykrotnie a my śledziliśmy w piwnicy wszystkie walki. Wydawało się o 19 godzinie tak, jak gdyby Rosjanie zawrócili, jednak było to tylko po to, aby wrócić z nowymi siłami. Od razu po tym, zaczęli nowe natarcie. Około 24 dużych czołgów przejechało około 19.30 i zaczęli strzelać w mój dom. Około godziny 20 Rosjanie weszli z odbezpieczoną bronią do naszej piwnicy i szukali niemieckich żołnierzy. Zostawi cywilów najpierw w spokoju. Dziesięć minut później jednak druga grup przyszła. Musieliśmy wziąć do góry ręce i zaczęło się plądrowanie. Pozbyłem się mojego zegarka i kurtki skórzanej. Walizki zostały rozcięte, wyrzucili tu wszystko i co Stalinowskie żołdaki mogli używać, zostało wzięte ze sobą. W piwnicy był kolejarz, który został zatrzymany z powodu noszenia naramienników. On powinien był zostać zastrzelony natychmiast, ale rodzina i wszyscy zaczęli krzyczeć. Próbowałem handlować z rosjanami i wyjaśnić to, że to tylko jest kolejarz. Oni zerwali jemu już ubranie z ciała i w ostatniej chwili udało mi się jego uwolnić. Pierwsza linia piechoty niemieckiej miała w najbliższym poranku do Sdialthaus "0 Langfuhr (E. W. Danzig) wykonać atak naprzód. U nas już nie wrzucano tak dużo granatów. Otworzyłem o szóstej godzinie rano okno piwnicy, aby wpuścić świeże powietrze. Nie mieliśmy żadnego światła, ponieważ Rosjanie zabrali łojówkę od nas a moja lampa naftowa upadła wskutek upadku bomby blisko domu i leżała w skorupach na ziemi. Wskoczyłem potem w górę do naszego mieszkania, aby tam się rozejrzeć. Gdy wszedłem na górę stanąłem jak wryty: dwaj Rosjanie byli na prawo ode mnie i przeszukiwali szafki. To czego nie wzięli ze sobą, było niszczone i rzucone na podłogę. Szafy i wszystkie meble były rozbite, chociaż nie były zamknięte; zostały wybite z zawiasami. Wszystkie garnitury, sukienki, buty, ozdoby dostały się w ręce Rosjan; nic nie zostało. Moje trzy zegarki kieszonkowe, o które tak dbałem — każdy schowany w innym miejscu — były zabrane. Dla wszystkich z rodziny kupiłem chleb w rezerwie. Rosjanie karmili nim swe konie oraz grochem, fasolką, a mąkę rozsypali na ziemi. W ogrodzie był bagaż z napisem "Proletariusz wszystkich krajów" wjechać i wyrąbać płoty i drzewa. Czego czołgi nie rozjechały, to rąbali. Niedziela 25 marzec — zaczęło się polowanie kobiety i dziewczyny. Kogo złapali - gwałcili, a kto stawiał opór, był zastrzelony. Na ulicach i w domach leżały zwłoki. Do niedzieli, do 14 godziny, wytrzymałem z moją rodziną w moim mieszkaniu. Nagabywania przez rosjan stały się potem coraz większe. Z powodu obrony mojej 17 letniej córki padł do mnie strzał , przeszedł nad moją głową i trafił w ścianę. Wszyscy płakali i krzyczęli. Moja córka musiała się chować i uciekać ciągle. Postanowiliśmy uciec o 14 z córkami w kierunku klasztoru Oliva. Znajdował się tam duży schron. Moja żona i ja biegliśmy w odstępie 30 do 50 metrów przez ogród w ciężkim ogniu artyleryjskim. Rosjanie przynieśli działa na ulicę Salzmann i strzelali na Gdańsk. Znaleźliśmy nasze dziewczęta — płaczące i szukające pomocy na ulicy przed klasztorem. Schron był obsadzony przez rosyjskich oficerów — więc szybko uciekaliśmy dalej do lasu. Zostałem wzięty do niewoli przy przekroczeniu Glettkaubacbs w kierunku Karlsberg z moją najstarszą 17 letnią córką i odesłany do domu, który leżał za strumieniem na lewo na ulicy Ludolphine. Moja żona i nasza młodsza córka mogły iść dalej. Mogliśmy nie zmienić ani słowa już ze sobą więcej. W pokoju, w którym zgromadzili nas, było już wiele kobiet. Każdy pytał: "Dokąd idziemy?" Niektórzy mówili: "Na Syberię", a kto inny: "Do Moskwy," Spostrzegłem nagle, że nie miałem już chleba. Przez złamaną deskę mogliśmy popatrzeć trochę na zewnątrz i widzieliśmy moją żonę z młodszą córką — na nas czekające — stojące za drzewem. jedno skinienie i najmłodsza córka przyszła i przez wbite okno przekazała smutną wiadomość, że będziemy wysłani do Syberii. Podałała nam potem jeszcze chleba przez okno. Mieliśmy teraz się rozstać może dla zawsze. Jednak nadzieja nie opuściła mnie. Na Selben wszystkie więźniarki zostały zabrane na zewnątrz do końca stacji tramwajowej Oliva do Keller'geführt, gdzie przechowywano łupy. Komisarz znalazł sobie piwnicę, aby uprawić nocą z niemieckimi kobietami niecny proceder. Piętnaście kobiet, moja córka i ja było umieszczonych w piwnicy. Nastała noc. Komisarz przeniósł do naszej piwnicy swoje stanowisko.-To był starszy, dojrzały mężczyzna. Alsihm powiedział do komisarza, ze on powinien brać sobie również kobiety z piwnicy, lecz komisarz to odrzucił. Tej nocy diabeł (komisarz) był wolny, prowadził kobietę (celem przesłuchania). Każda wróciła płacząc, po około pół godziny, wiele z nich tylko z butem lub majtkami w dłoni i rozczochranymi włosami. Każdą kobietę ta bestia częstowała filiżanką wódki, potem uderzał je w pierś, a było to tak silne, że się przewracały. W poniedziałek 26 marca, przyszliśmy rano z Ludolphine do domu, do pana Kolkow właściciela dużego młyna. Leżało obok sanatorium 17, A. K., blisko Sopotu . Wtorek, 27 marca, byłem znowu w domu. Małe domy, które były zniszczone paliły się, na ulicy Ludolphiner leżały zwłoki i sprzęt wojenny, rozstrzelane samochody leżały wszędzie. Na polu między ulicami Ludolphiner i Zoppoter , stały działa, było dużo amerykańskiego sprzętu a Gdańsk płonął. Obie wieże klasztoru zawaliły się, zamek został spalony, a ogródu zamkowego nie można było rozpoznać. Tylko jeszcze zwęglony sejf stał w wypalonej poczcie w rogu. Na rogu Kaisersteg, gdzie wcześniej gazeta miała swoją siedzibę, wszystkie domy były wypalone. Mój dom stał jeszcze cały, tylko obsunęła się na dół jedna połowa dachu. Rosjanie leżeli w domu, ta banda siedziała nawet w piwnicy a ja nie mogłem wejść do środka. Poszedłem stąd kilku domów dalej do mojej szwagierki, kanonada znów się zaczęła. Dowództwo zjawiło się w pół godzinie i i brał wszystkich mężczyzn między 15 i 60 rokiem życia jako jeńców. Przyszliśmy po ulicy Kleinkrug do stodoły. Także i komisarz był tam a każdy z nas był rabowany. Po dwóch dniach głodu nic nie mieliśmy do zjedzenia. Prowadzono nas do Brzeźna, przez 30 km odległości. Kto nie poszedł został przez strzał w tył głowy zabity. Nic nie było po drodze do wypicia. Na 15 mężczyznach otrzymało się 1 chleb. Słońce paliło, spadł deszcz, który został przez nas gorąco powitany. W Brzeźnie musieliśmy stać dwie godziny na wolnym polu, znów byliśmy przeszukiwani. Przeniesiono nas do obory, innych do stajni lub chlewu. Żaden z nas nie mógł wyjść nocą, nie było też miejsca do położenia się. Wielu mężczyzn położyło się na gołą ziemię. Dach przeciekał, woda kapała z góry. Cztery dni i noce minęły bardzo szybko, tylko głód męczył nas. Na obiad były ziemniaki z wodą bez soli. Nie posiadaliśmy ani garnków ani łyżek. Maszerowaliśmy 31 marca o 16.30 długą drogą przez Oliwę w kierunku Gdańska. Każdy patrzył po wszystkich stronach, aby wypatrzeć, gdziekolwiek znajomego, jednak było to daremne. To było w przedzień świąt wielkanocnych. 2 kwietnia nocowaliśmy na otwartym polu. Poszliśmy następnego dnia pdo Gdańska do obozu jenieckiego. Cały SdüeĂstange był zatłoczony, natknęliśmy się na jeszcze więcej rosjan. Po czterech dni pognano nas dalej w kierunku Hohenstein. W pierwszym dniu było nas tam około 600 mężczyzn, w Rosenberg, gdzie zostali umieszczeni zostaliśmy w kościele. Nasz tłumacz wyjaśnił nam: "Kto opusci kościół, będzie zastrzelony." Żaden z nas nie mógł pójść za potrzebą na zewnątrz. Musieliśmy o 6 stawać na apel. Jeden mężczyzna powiesił się w kościele, inny wyszedł i został zastrzelony. Ustawiliśmy się w kolejce i dostaliśmy każdy ziemniaka do obierania z łupiny! Poszliśmy dalej do Subkau, w kierunku Mewe. Byliśmy przemoczeni przez deszcz. Przybyliśmy do Subkau, otrzymaliśmy puszkę konserwy pełnej ciepłej zupy, którą musiał ugotować chłop z żoną na dworze. Potem mogliśmy spać w jednej stodole napełnionej słomą. Każdy zapadł się natychmiast w głębokiej słomie. Każdy otrzymał o poranku podział na cztery części chleba, który został zjadany natychmiast. Okazało się potem, że brakowało dwóch mężczyzn. Stodoła i otoczenie zostały przeszukane, lecz bez sukcesu. Mieliśmy 20 mężczyzn i SS-mana Litwina w szarym munurze pod nami. Ci otrzymali zlecenie szukania uciekinierów i jeśli by nie znaleźli, każdy co dziesiąty mężczyzna zostanie zastrzelony. SS miała ich złapanych po godzinie, byli to dwaj młodzi chłopcy po około 19 do 20 lat schowani w słomie. Zostali oni zabrani i poprowadzeni przed naszym frontem a następnie zastrzeleni. Jednemu zdjęli buty a zostawili zwłoki. Pomaszerowaliśmy dalej do Neuenburga. Pozostaliśmy tam nad nocą w postrzelanej hali KdF (Kraft durch Freude - praca przez radość). Musieliśmy pójść następnego ranka dalej do Grudziądza. Przy tej drodze leżało dużo osób z dziurami w głowach w rowie przydrożnym. w Grudziądzu było piekło na ziemi, zostaliśmy pobici tak, że niektórzy nie mogli już wrócić do Gdańska. Musieliśmy pracować przy naprawie mostu, wielu z nas skoczyło do wody i utopiło się podczas ucieczki lub wypadków w pracy. Gdański kupiec zatrzymuje jeszcze po trzech tygodniach mój zegarek kieszonkowy — przechowa dobrze — ma go przy sobie. Szpicel siedział w każdym pokoju, szpicel do komisarza wszystko donosił. Ja leżałem w głównym pomieszczeniu dla takich jak ja. Pewnej nocy nasz szpicel usłyszał tykanie i zameldował to do GPU. Komisarz przyszeł do nas — 58 mężczyzn- do pokoju i pytał nas wszystkich i obiecywał różne rzeczy, lecz my milczeliśmy. Później kupcy zostali przez niego zapytani czy wiedzą jaka jest godzina. Odpowiedzieli "Nein!" — potem komisarz uderzył każdego w twarz. Aż krew jednemu popłynęła z ust! "Rozebrać się" krzyknął komisarz. Każde ubranie było przeszukiwane, każdy but. Oczy świeciły komisarzowi jak u tygrysa. Sprawdził godzinę. Potem jakiś biedny typ otrzymał grad uderzeń, tak że się przewrócił z nagi, poobalał wszystkie łóżka i krzyczał jak wariat. Komisarz przestał dopiero jak ten człowiek leżał. Znów zobaczyłem wielu dawnych towarzyszy z robót z miejskich zakładów w Grudziądzu. Jak mówiono nam - to powinniśmy byli zostać przeniesieni najpierw do Stalingradu, jednak jako ludność cywilna wysłali nas do Grudziądza. Wymaszerowaliśmy, i tak po czterech tygodniach znowu dotarliśmy do Gdańska. W przededniu 1 maja byliśmy w Tczewie. Polski orszak wędrował z muzyką ulicami. Polacy mieli święto i nikt z niemców nie był na ulicy i w tym nie uczestniczył. Zostaliśmy umieszczeni w Lützowkaseme. Pozostaliśmy tam trzy dni odpoczywaliśmy. Większość z nas nie miała przerw i potrzebny był nam odpoczynek. Przybyliśmy 3 maja do Gdańska. Dotarliśmy do Narviklager gdzie podczas wojny był obóz jeniecki. Obóz był, oprócz kilku rozstrzelanych baraków, jeszcze cały. Szliśmy stamtąd codziennie w kolumnach do pracy. W gdańskiej stoczni ustawili nas w szeregu. Wszystkie maszyny, motory, żurawie jak również i narzędzia, wózki suwnicy, zostały rozebrane. Tylko puste ściany hali zostały, żadna szyba nie pozostała cała. Duży żuraw został rozłożony ze statku. Fabryka wagonów została rozkradziona z narzędi. Maszyny i narzędzia stały się zdobyczą Rosjan. Musieliśmy Każdego dnia od 6 do 19 godziny pracować ciężko, ostatnie 14 dni nawet nocami. Jedzenie było znośne — z rana o 5 godzinie — woda z ziemniakami bez soli, niecałe 4 litry, o 13 były ziemniaki z wodą i o 19 godzinie znowu to samo. Pięciu mężczyzn dostało na dzień 1 chleb. Tyfus głodowy u nas się rozwijał, tak że część osób zmarła. Grabarze rabowali co się da, jednego dnia zmarło aż 8 mężczyzn, zostało nas już bardzo mało. Żona i dzieci gdy tylko dowiedzieli się że jesteśmy w Gdańsku, próbowali nam przynieść jedzenia, które trzymali pzrez 6 tygodni. jednak GPU nie dopuściła rodziny do nas, zastrzeliliby ich. Spuchły mi mocno stopy był to znak, że śmierć głodowa groziła mnie także. W nocy znów wiele osób umarło. Było z nami 2 lekarzy: dr Nieszorstki, i dr Langfuhr. Ich imiona wypadły mi z głowy, lecz oni też umarli z głodu. Zameldowałem się o poranku że przypuszczalnie jestem chory. Stała tam dziewczyna rosjanka, około 20 lat, powiedziała do mnie: "Pracuj!" jakiś ukraiński prostak stał obok niej. Nie mogłem iść z powodu bardzo spuchniętych stóp. Ta kobieta była za głupia lub miała rozkaz aby nas zniszczyć. - Był koniec maj lub początek czerwcowa 1945. Około 70000 mężczyzn przybyło do nas z Helu — do Gdańska. Tu skapitulowali, ale mogli nosić pagony i naszywki. Część to mieszkała w nowych barakach i i rano wychodząc śpiewaliśmy niemieckie piesni. 3 września 1945 zostałem uwolniony i będę musiał iść do swojego domu w Oliwie około sześciu godzin. Gdy przybyłem w domu, samochód ciężarowy odjechał akurat z Polakami, ukradli oni z mojego mieszkania dużo rzeczy. Moja żona i dzieci stały przy domu płacząc na ulicy. Rabowali nas na przemian rosjanie i Polacy. My, mężczyźni byliśmy zamknięci w więzieniu, a oni robili z kobietami co oni chcieli. Obok nas mieszkała moja rodzina - ojciec - weteran I wojny, który cierpiał na straszny reumatyzm. Leżało tam jedno łóżko. Byli tym więc stary ojciec, dwie córki i dziecko w domu. Mężczyźni pilnowali córek jak żołnierze. Jesienią 1944 zaczęto budować nowe lotnisko w Pruszczu i przyszliśmy z Langfuhra właśnie tam. W styczniu 1945 wzrosła ilość uciekinierów ze wschodu do nas. (teraz pewnie zaczynają się jego jakieś wspomnienia z marca - przyp. Kalarucha - Mogłem pójść jak miałem 50 urodziny wieczorem do rodziny. Spotkałem na drodze powrotnej w Pruszczu wielu zbiegów ze wschodu. W marcu było wiele ataków lotniczych na Gdańsk, pochłonęły one wiele ofiar. Rosyjskie oddziały posunęły się w międzyczasie nad Tczew i obsadziły 12 marca obszar w Gdańsku na wysokości od Mariensee. Schwytani żołnierze i cywile zostali wstawieni do obrony przy Meisterswalde. Las był wywalczony pod dużymi stratami przez pięć dni. Rosjanie mieli przewagę w ludziach i broni. Lotnisko w Pruszczu zostało wysadzone. Wiele domów prywatnych runęło w tym czasie. Rosyjska artyleria ostrzeliwała Gdańsk od Karthau a teraz Langfuhr. W nocy z 24 na 25 marca prowadziłem moich towarzyszy pod ostrzałem na zewnątrz. Nasza droga prowadziła nad most Breitenbach, Plennendorf i Bohn. Nad Wisłą nieprzyjacielscy lotnicy złapali nas w ogień zadali dużo strat ludności cywilnej. ( jakaś nagła zmiana tematu...) Oni przecięli sobie tętnice. Tu jednak krew płynęła za powoli i Rosjanie byli już na naszej ulicy, utopili dziecko w wannie i wieszali ludzi. Tylko stary ojciec pozostał przy życiu. We wrześniu 1945 wiele osób ruszyło w kierunku Berlina. Byłem obrabowany i bez dużego bagażu, mogłem jechać, dokąd chciałem, najpierw więc do Eisenach. Tu ludzie byli wszyscy bardzo uprzejmi, wszędzie brzmiała stara pieśń: "Bist du Gottes Sohn, so hilf dir selbst". Wielu zbiegów mieło szczęście, znaleźli małe czółna. Prom posadził po długim oczekiwaniu nas nad Wisłą i poszliśmy nad Pasewark po Gutsbof Junkertroyihof, gdzie jeszcze lotnisko powinno było zostać wybudowane. Otrzymałem od pułkownika Jahnischa następnego dnia "urlop", aby wydobyć moją rodzinę z Gdańska. Droga z powrotem była bardzo uciążliwa, wszędzie paliło się i strzelali Rosjanie. Jak przybyłem do Gdańsku znowu, widziałem jak wiele domów pali się, także u nas w uliczce . W piwnicy obrony przeciwlotniczej Reditstädtischen ratusza, jak także w piwnicy uliczki pół 2/3 (dom z Max Nietzner), spotkałem wielu sąsiadów, pod tym także pana dr Teusdier z jego żoną, która powiedziała mi, że moja żona z Toditer Elli i pomocą Erna opuścili dom około 6 godziny rano. Wskutek przemęczenia spałem kilka godzin, pożegnałem się około 14 godziny. Poszedłem mimo pożarów jeszcze do uliczki Barbary, gdzie moja żona posiadała grunt. To paliło się także już. Przy Breitenbadibrücke spotkałem klientów od nas, którzy powiedzieli mi, że widzieli moją żonę z córką i żołnierzem. Ciotka Erna powiedziała mi, że ona zobaczyła moją rodzinę na promie. Po drodze spotkałem obojga starszych tkaczy z uliczki kowala i zabrałem ich do naszej kwatery. |
|
| Autor: | villaoliva [ 14 lut 2008, 15:56 ] |
| Tytuł: | |
Świetna robota Kalaruch
|
|
| Autor: | Kalaruch [ 14 lut 2008, 21:47 ] |
| Tytuł: | |
Chłopaki dzięki - to dla potomnych robię - będę jako pierwszy tłumaczył ten tekst;) jutro w robocie kolejna część będzie tłumaczona, bo tam w domu za dużo zajęć mam, a w robocie przestój w zamówieniach dla niemców jako że ostatnio też bywam często w Gdańsku na zielonym trójkącie, interesuje mnie historia Gdańska i Oliwy W sumie to opis niemieckiego cywila jako jeńca wojennego...ale wrażenie robi... |
|
| Autor: | villaoliva [ 15 lut 2008, 00:26 ] |
| Tytuł: | |
Są jakieś przekłamania w samym tekście oryginalnym. Ale właściwa jest nazwa Piastowskiej, Opackiej i Pachołka. Inne nazwy są mniej znane i nie występują również w tym spisie |
|
| Autor: | Kalaruch [ 15 lut 2008, 10:39 ] |
| Tytuł: | |
Czyli to była Oliwa pod lasem - dzięki za pomoc ! Obiecuję że wymęczę ten tekst do końca jak znajdę czas Niestety z powodu braku spójności tekstu niektóre drobne elementy opuszczam... |
|
| Autor: | tobocian [ 15 lut 2008, 13:10 ] |
| Tytuł: | |
Kalaruch szacuneczek... |
|
| Autor: | Kalaruch [ 15 lut 2008, 18:05 ] |
| Tytuł: | |
Możeby można zrobić kiedyś wyprawę - rekonesans, sprawdzić czy istnieją takie domki - zrobić fotki i je tu wstawić ? |
|
| Autor: | Sebek [ 15 lut 2008, 18:10 ] |
| Tytuł: | |
JA jestem za... Karaluch jak coś to ja jadę. |
|
| Autor: | Jedi [ 15 lut 2008, 20:08 ] |
| Tytuł: | |
Ja również bardzo chętnie, jak sie zrobi troszke cieplej i śnieg zejdzie, to może coś zorganizujemy panowie? |
|
| Autor: | Kalaruch [ 18 lut 2008, 11:22 ] |
| Tytuł: | |
Wstępny termin - może tak w czasie jak się historia rozgrywała - kwiecień ? PS. Co środę będzie nowa część tłumaczenia |
|
| Autor: | Kalaruch [ 12 mar 2008, 11:18 ] |
| Tytuł: | |
Zostało jeszcze około 4 stron A4, czyli ze 2 tygodnie środowej pracy ( w pracy nudą wieje to co mam innego robić Kolejka wąskotorowa ze Steegen do Stutthof odwrotną, była trafiona bombami. Zostałem tam i pomogłem z kilkoma towarzyszami przy sprzątaniu. W Steegen został zbudowany mały lazaret i przynieśliśmy tam rannych. Znaleziono pannę Werner, ona strzegła swojej chorej siostry. Chora została przyniesiona potem po Steegen i poleciłem pannie Werner, aby pójść prędko do Bałtyku, gdzie nasza marynarka wybudowała kładki i wywiozła zbiegów małymi czółnami. Przyniosłem kolejnego dnia także starego tkacza. W tym dniu w Junkershof nastąpiły ataki nieprzyjacielskich samolotów, które zadały nam czterech zabitych. Pogrzebaliśmy jeszcze wieczorem ofiary nalotu w ogrodzie Gutenhof. 3 maja major H. zawołał nas do siebie i chciał dowiedzieć się, kto poszedłby z nim do rosyjskiej niewoli. Brał kilku starszych towarzyszy, aby spróbować, dotrzeć do wroga. Z ciężkim sercem pożegnaliśmy się z majorem H. i jego towarzyszami i poszliśmy do Nickelswalde, gdzie spędziliśmy u Alberta Kronke noc. W następnym południu mały parowiec podwiózł nas. Mogliśmy mieć po trzech dniach odpoczynek w spalonym lesie. 7 maja statek handlowy "Pompeji", na którym już około 5000 osób rannych i do tego jeszcze duża liczba zbiegów. "Pompeji" wypłynęła pod nieprzyjacielskim ostrzałem do Bałtyku. Przyszło mi z trudem pożegnać się z naszym miastem, hanzeatyckim Gdańskiem, którego widziałem przez lornetkę jeszcze raz. Wiele budynków paliło się lub było okryte w gęstym dymie. Po czterech dniach spokojnej żeglugi, przejęli nas Anglicy. Otrzymaliśmy na angielskim parowcu ciepłą herbatę i kilka bułek, za co po dziękowaliśmy dawnemu wrogowi gorąco. Jechaliśmy do nowego miasta Holsztyn, wędrowaliśmy w nocy od 13 do 14 maja nad Grömitz po Brenkenhagen, po czym znaleźliśmy w Gutshof Paulsen kwatery. Podporucznik Otto przyszedł 16 czerwca do naszego oddziału. Ten świetny oficer musiał niestety z innymi oficerami 28 czerwca udać się do obozu Putlos. Idi został wyznaczony 17 czerwca do obsługi telefonu. Otrzymałem od Anglików maszynę do pisania i pisałem na tejże maszynie. Moje listy dotarły także do mojej żonę i córki Elli, które znajdowały się w duńskim obozie. One wiedziały teraz, że żyłem i przetrwałem wszystko. Przyjaciel Nesemann odpowiedział na moje pytania natychmiast i tak 7 sierpnia 1945 po składzie zbiorowym udałem się nad Holsztyn. Zostaliśmy zbadani 11 sierpnia przez Anglików gruntownie i angielski samochód ciężarowy przywiózł 16 sierpnia nas do Lüneburg, gdzie zatrudnieni zostaliśmy w urzędzie pracy. Poszedłem wieczorem do Nesemanns, gdzie zastałem uprzejme przyjęcie. Mój przyjaciel dostał także umeblowany pokój w BarcfchausenstraĂe. Dwa lata później przyszły moja żona z córką Elli z obozu dla internowanego Oksböl w Danii —drogami okrężnymi— do Lüneburg. Byliśmy wkońcu po bardzo długim oddzieleniu znowu razem. Ułożyłem to pismo na życzenie kilku moich towarzyszy niedoli, które przeszli z mną tę ciężką drogę. Chciałbym do zakończenia dodać podziękowania dla tych, którzy pomogli mi to przetrwać. Streszczenie z relacji świadka naocznego Mieszkałem przez 10 lat w Langfuhr, tam, gdzie osiedla stały w szczerym polu. Miałem z wyższego piętra naszego domku wspaniały widok na zatokę, Sopot do Adlershorst (Orłowa) Gdyni, widziało się przy dobrej pogodzie nawet kościół i latarnię morską z Helu. Wspaniałe były tam zachody słońca. Obok nas było lotnisko, każdego dnia śmigła samolotów wzbijały tumany kurzu przy starcie i lądowaniach. Pewnego dnia sąsiad powiedział że budują tam hangar wielkości powierzchni boiska piłki nożnej. Samoloty lądowały na tym lotnisku, jako głównym w Gdańsku, miałem do niego zaledwie 50 m drogi, było zawsze głośno kiedy przelatywały samoloty. Kiedy wystrzał armatni ze Schleswiga Holsteina sygnalizował atak na Westerplatte wszystko się zmieniło. Widzieliśmy jak niemieckie bombowce bomby na Westerplatte i stało się nasze położenie tak groźne ponieważ baliśmy się anglików kiedy wejdą do pomocy polakom. Taki łakomy dla nich cel jak hangar był blisko naszych domów! Jednak nasze domy nie były atakowane, chociaż dachy ucierpiały od ognia przeciwlotniczego. Byliśmy często zmuszeni do schodzenia do piwnicy, w której urządziliśmy kuchnię, pralnię i było tam później całkiem przyjemnie. Wojna szalała dalej, klęska w Stalingradzie pozbawiła mężczyzn w wielu rodzinach. Na moich przechadzkach nad polem po Glettkau zauważyłem okopy wokół lotniska, czyżby wojna mogła zawitać na Langfuhr? Słuchaliśmy potem także różnych historii, czy będziemy bronić miasta, jeśli twierdze jak Thoro, Grudziądz i Marienburg nie byłyby w stanie, strzec Gdańska przeciw atakowi ze wschodu. Służyłem w obserwacji powietrznej, oprócz ataków aliantów zachodnich, były rzadkie radzieckie, zameldowane nam przez Luftwamstellen w Königsbergu, Elblągu i Toruniu. Angielskie ataki były tu coraz liczniejsze i niebezpieczne, ponieważ ataki zbliżały się znad jeziora ( nad wodą ciężko zaobserwować samolot ze względu na odbicia światła – przyp. Karaluch). Mieliśmy wprawdzie statki nasłuchujące na jeziorze. Działały one na 50 km, jednaknie można było na tym polegać. Raz zdarzyło się że była mgła, dostaliśmy sygnał alarmowy z Helu, ale w tym momencie bomby już spadały. Wystąpiłem w zimie 1944, z powodu mojego wieku, ze służby ostrzegania powietrznego. Pętla nad zatoką zacieśniała się. Rosjanie stali nad Wisłą. Silne twierdze upadły tam i mimo przechwalających mów naczelników nazistowskich, którzy zagrozili każdemu kto opuści miasto. Od stycznia 1945 od, przy strasznym zimnie, wróg toczył się z Prus Wschodnich i Elbląga do Gdańska. Droga morska była jeszcze otwarta, jednak słuchano wkrótce o katastrofach na jeziorze, które obrzydziły niejednemu tą drogę ucieczki. Pozostaliśmy w domach bojąc się uciekać i przeżywać te okropności uchodźców. Wszystkie mieszkania stały się małymi twierdzami, rodzina chętnie zbierała jedzenie i znosiła do piwnicy na czas oblężenia. Pierwszy oddalony huk armatni przyszedł z kierunku od Karthau -Berent i udowodniłam jak wróg jest już blisko. Z każdym dniem odgłosy nadchodziły coraz bliżej. Od południa było słychać walki, które wieczorem cichły, a z rana znów się wzmagały. Nadeszły wiadomości że Rosjanie okrążają nas aż do Gdyni, nadeszły ataki lotnicze, ale już radzieckich maszyn, zaczęliśmy je poznawać po odgłosie silników.Nie robili oni dużo szkód, ich bomby były dużo słabsze niż te angielskie. Kilka razy próbowali trafić w hangar, lecz nie udawało im się, alarm lotniczy trwał nadal. Na początku marca przybyła z Elbląga bateria dział przeciwlotniczych. Ich obsługa została zakwaterowana w naszym domu. Stabsarzt stworzył w mojej piwnicy punkt opatrunkowy dla rannych. Wszystko poszło szybko i w dobrym porządku. Nagrodą za noszenie pocisków do dział było dodatkowe wyżywienie od żołnierzy, najczęściej przy tym pomagali pruscy chłopcy. Nasza żona pomogły chętnie przy gotowaniu. Alarmy przeciwlotnicze nie kończyły się, za każdym razem musieliśmy zbiegać do piwnicy. Gdy tylko pojawił się samolot, działo grzmiało a ruch uliczny ustawał, gdy samoloty zawracały, wszystko wracało do porządku. Działo strąciło 2 -3 samoloty które spadły w okolicach cmentarza na Zaspie. Przyszedł kolejny nalot, działa strzelały ale samoloty były na bardzo dużej wysokości. Naprzeciwko w dom sąsiada uderzyła mała bomba i zburzyła całą ścianę. Rodzina Schmidtów uciekła z domu, dzieci były pokaleczone kawałkami rozbitego szkła. Aby ustrzec się przed odłamkami szkła, biegaliśmy wszędzie w białych turbanach na głowie. Kanonada była coraz bliżej, można było dosłyszeć się dźwięku karabinów maszynowych „tack-tack”. Nie wiem którego wieczora zawrzała głośno artyleria, najmocniej d tej pory, ale ucichła i nie było jej potem więcej słychać. To był, jak słuchaliśmy przez radio, przełom Rosjan między Gdynią a Sopotem do morza. Los Gdańska był przesądzony. Działo przeciwlotnicze zostało zabrane w inną część miasta, już nie mieliśmy osłony przed bombami. Co się teraz z nami stanie? Nie trwało długo kiedy piechota zjawiła się u nas tu, i mała twierdza "SobieĂstand" została obsadzona. Cała linia frontu przekształciła się, przybyły oddziały Volkssturmu. Jakiś żołnierz siedział nieopodal mojego domu z pancerzownicą i czyhał na wrogie czołgi. Rosjanie nie atakowali jeszcze piechotą i artyleria, jedynie atakowali z powietrza, my w tym czasie uciekaliśmy ciągle do piwnicy. Wieczorami następował spokój. Pewnego dnia wystraszył ans niesamowity huk, dom jakby podniósł się i opadł, wszędzie spadał tynk, wyszliśmy z domu żeby zobaczyć co się stało – Rosjanie zniszczyli hangar, została tylko kupa gruzu i prętów. Dalej palił się dworzec kolejowy. Wszystko kosztowało miliony a teraz było kupą rumowiska, ciągle w gruzach coś strzelało, pewnie była to amunicja. Baliśmy się żeby żaden zabłąkany pocisk nie zrobił nam krzywdy, wyszedłem na dach i z dziury w dachu wyglądałem co się dzieje .W Oliwie nic się nie działo, ale w Glettkau zabrzmiał głuchy huk i smuga dymu wzniosła się tam wysoko. Okazało się że została tam zniszczona radiostacja. Zbliżała się walka do naszych domostw, nie wiedzieliśmy czy uciekać czy zostać w piwnicy. |
|
| Autor: | gościu [ 28 mar 2008, 19:59 ] |
| Tytuł: | |
Opis z pierwszej ręki... Karaluch, chylę czoła! To już chyba zarobiłeś na pochwałę " srebrną" czyli 2. stopnia ! |
|
| Autor: | Kalaruch [ 29 mar 2008, 10:03 ] |
| Tytuł: | |
została mi końcówka do przetłumaczenia, ale nie trzyma się kupy i składu |
|
| Autor: | penetrattor [ 29 maja 2008, 22:30 ] |
| Tytuł: | |
Kalaruch ponieważ to ja rzuciłem pomysł przetłumaczenia tych tekstów, dlatego wielkie dzięki.Jesteś Wielki ;) |
|
| Autor: | Sapol11 [ 25 lis 2010, 20:27 ] |
| Tytuł: | Re: Walki o Oliwę w 1945 r - relacje świadków |
"Na początku marca przybyła z Elbląga bateria dział przeciwlotniczych. Ich obsługa została zakwaterowana w naszym domu. Stabsarzt stworzył w mojej piwnicy punkt opatrunkowy dla rannych." Musiał mieszkać w okolicach cmentarza na Zaspie. Bateria właśnie tam była rozlokowana. |
|
| Autor: | Sapol11 [ 25 lis 2010, 20:37 ] |
| Tytuł: | Re: Walki o Oliwę w 1945 r - relacje świadków |
"Rankiem 27 marca Niemcy we Wrzeszczu pozostawili tylko tylnie straże spowalniające radzieckie natarcie. Ostatnie oddziały niemieckie opuściły okolice Politechniki Gdańskiej Rosjanie rozpoczęli ostrzał centrum Gdańska z artylerii ustawionej na zajętym lotnisku. Sowieckie działa ustawione na Zaspie przy cmentarzu ostrzeliwały okolice Stogów. Niemcy mogli już tylko sporadycznie odpowiadać na ten ostrzał, statki Kriegsmarine skierowały swój ogień na teren lotniska oraz domy na peryferiach Wrzeszcza (..)" zródło: http://www.pomorze.gd.pl/walki_o_gdansk.htm |
|
| Strona 1 z 1 | Strefa czasowa UTC+2godz. |
| Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group https://www.phpbb.com/ |
|