Pomorskie Forum Eksploracyjne

Poszukiwacze skarbów są dla nas niczym... niczym bracia! ;)
Dzisiaj jest 21 sty 2017, 18:25

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 12 ] 
Autor Wiadomość
Post: 02 cze 2015, 15:14 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Szeregowy Stefan - żołnierz września



KOP w Czortkowie


/ losy szer. Stefana z ostatnich dni przed II WW i pobyt w stalagach/

Szer. Stefan - początek służby w KOP Czortków

Przede wszystkim - kim, a raczej czym był KOP? Czy za zadanie miał wyłącznie strzec naszej granicy? Otóż nie - do zadań KOP-u należała też walka z terroryzmem, dywersją, szpiegostwem, a także w niektórych wypadkach tłumienie niepokojów społecznych wśród mniejszości etnicznych. Do jego szeregów szli żołnierze wyselekcjonowani, specjalnie dobrani, o właściwym "kręgosłupie moralnym". Służba tam była ciężka i długotrwała, a formacja mimo iż miała struktury i uzbrojenie identyczne jak WP podlegała pod MSW.
W 1939r., w sierpniu, cała formacja przeszła ze stopy pokojowej na wojenną, tworząc dywizje:
Do KOPu zostawali przyjmowani tylko ludzie z dobrych rodzin, z takich, których członkowie nie siedzieli w więzieniach za przewinienia. Musieli to być pewni ludzie, zaufani, ale także tacy, co wyróżniali się sprawnością fizyczną.
Trudno ich porównać do spadochroniarzy czy komandosów. KOP miał po prostu inne, rozszerzone zadania (i kompetencje), niż współczesna Straż Graniczna (lub wcześniejszy WOP). Jedno jest pewne - musieli to być żołnierze lojalni i zdyscyplinowani, posłuszni najtrudniejszym nawet rozkazom.



Kilka danych o Czortkowie

Czortków – (ukr. Чортків) – miasto rejonowe na Podolu w płd.zach. Ukrainie w obwodzie tarnopolskim – 29 075 mieszk. w 2001 r. (28 tys. (1991); położony nad Seretem (dopływ Dniestru). Przemysł spożywczy, odzieżowy, naprawcze zakłady samochodowe. Dawne polskie miasto powiatowe w woj. tarnopolskim. Ludność: 5191 w 1921 r., 19 000 w 1931 r. Zabytki: muzeum; 2 drewniane cerkwie i zamek z XVI w. Zachował się stary polski cmentarz z licznymi nagrobkami (obiekt jest w znacznym stopniu zdewastowany) oraz mauzoleum i katakumby ofiar ukraińskich egzekucji z lat 1918-1919. Spoczywają tam prochy obrońców Czortkowa z okresu walk polsko-ukraińskich, m.in. młodzi Polacy 16-, 17-letni gimnazjaliści.


Historia
Miasto założone przez Jerzego Czortkowskiego, prawa miejskie potwierdzone w roku 1522, kolejni właściciele to Golscy, Potoccy, Sadowscy.
- W XIV w. włączony do Polski, wzmiankowany w 1522.
- W 1532 otrzymał prawa miejskie.
- W 1672-1683 w granicach Turcji – jako wynik uzgodnień w traktacie buczackim.
- 1683-1772 – należy do Rzeczypospolitej Polskiej.
- Od 1772 w wyniku rozbioru Polski znalazł się w Cesarstwie Austriackim.
- 1918-1939 w granicach Polski. Do 1939 roku: miasto powiatowe (powiat czortkowski) w województwie tarnopolskim, znajdowało się tu również dowództwo Brygady KOP "Podole" i garnizon macierzysty Batalionu KOP "Czortków".
- 1939-1941 pod okupacją sowiecką, deportacje Polaków) w głąb ZSRR.
- 1940 – powstanie czortkowskie – wybuchło w rocznicę powstania styczniowego w nocy z 21/22 stycznia; niestety nieudane - szybko zostało zdławione przez wojsko radzieckie, które okupowało miasto. Powstanie było zorganizowane w przeważającej mierze przez młodzież gimnazjalną, harcerstwo; sygnałem rozpoczęcia powstania była melodia "Warszawianki" odegrana na trąbce. Był to pierwszy na okupowanych ziemiach powstańczy zryw podczas II wojny światowej, jego celem było odbicie z więzienia aresztowanych polskich żołnierzy, by mogli oni później przez Zaleszczyki przedostać się do Rumunii (przez Czortków przejeżdżały trasporty aresztowanych polskich żołnierzy i policjantów, których wieziono w stronę Miednoje(?) Ten pierwszy zryw powstańczy zakończył się tragicznie – aresztowani zostali wszyscy polscy chłopcy – gimnazjaliści w Czortkowie; wielu z nich za udział w powstaniu skazano na karę śmierci, innych skazano na wielomiesięczne więzienie lub zesłano w głąb Rosji.
- 1941-1944 pod okupacją niemiecką.
- 1945-1991 w Ukraińskiej SRR.
- 1946 – wysiedlenie Polaków
- Od 1991 w Ukrainie.


/Artykuł poniżej jest autorstwa Marka Sokołowskiego od słów początek cytatu, do – koniec cytatu. Co zgodnie z prawem autorskim podaję. /
Z sieci net - opracowanie informacji o stalagach wokół Norymbergi.



/Początek cytatu/

KORPUS OCHRONY POGRANICZA – Czortków
w walkach w rejonie Końskiego

/Pamięci żołnierzy KOP. /

NA WRZEŚNIOWYM SZLAKU 163 PUŁKU PIECHOTY

Okolice Szydłowca, Przysuchy i Końskich, były we wrześniu 1939 roku, miejscem koncentracji i walk obronnych prowadzonych przez 36 DP rez. Dywizja ta była jednostką kombinowaną, utworzoną w dużej mierze z żołnierzy Brygady KOP „Podole”. Wobec napiętej sytuacji politycznej w sierpniu 1939 roku, oddziały tej brygady zostały ściągnięte do garnizonów z manewrów w rejonie Bodzanowa. Mobilizację alarmową zarządzono 27 sierpnia około godziny 17-tej. Nastrój mobilizowanych żołnierzy był bardzo dobry, mobilizacja przebiegała sprawnie, choć ujawniły się także problemy. Brakowało mundurów, butów, pasów głównych, żołnierzom zaś wydano identyfikatory bez wybitych nazwisk i przydziałów. Słaby był stan koni i wozów. Przy dużym wysiłku oficera organizacyjnego ppor. rez. Zbigniewa Brosznowskiego naprawiano wozy, podkuwano konie. 29 sierpnia około godziny 22-ej, ze stacji Czortków na Podolu nastąpił wyjazd pierwszego eszelonu wiozącego I baon 163 pp rez. Zgodnie z planem, mobilizację części alarmowej 36 DP rez. zakończono 30 sierpnia. Transporty kierowano przez Lwów – Kraków- Tunel – Skarżysko Kam. – do Szydłowca. Do stacji wyładunku dotarły m.in.: dowództwo dywizji oraz sąd polowy nr 63 utworzone przez dowództwo Brygady KOP „Podole”, 163 pp rez., w tym I i II baon zmobilizowany alarmowo przez baon KOP „Czortków” i III baon zmobilizowany przez KOP „Borszczów”, kompanie kolarzy, ckm i łączności, szwadron kawalerii dywizyjnej 36 DP rez. utworzony ze Szwadronu Kawalerii KOP „Czortów”, dowodzony przez rtm. Bronisława Riczkę. W rejon ześrodkowania nie dotarły jednostki mobilizowane później, już w trybie mobilizacji powszechnej.
Drugi z pułków działających w ramach 36 DP rez., dowodzony przez ppłk. Zygmunta Gromadzkiego, 165 pp rez. (I i II baon), który mobilizował 17 pp w Rzeszowie, wyładowany został w rejonie Szydłowca, na stacji kolejowej Jastrząb.
Dywizja w składzie dwóch pułków, pod koniec dnia 1 września, stanowiła jedyny większy oddział na Kielecczyźnie.( por. Jan Wróblewski, „Armia Prusy 1939” Warszawa 1986) Nocą z 1 na 2 września płk Ostrowski rozpoczął przegrupowanie oddziałów w kierunku Opoczna, 2 września dywizja ześrodkowała się w rejonie Bąków - Zawada - Janów - Przysucha - Brogowa. Dowództwo stanęło w Chlewiskach, jednak po rozwinięciu stanowiska dowodzenia, dotarł rozkaz ze sztabu Naczelnego Wodza wydany 2 września o godz. 3.00, anulujący przemarsz w rejon Opoczna.
Dywizja miała zorganizować obronę wzdłuż północnego brzegu rzeki Czarnej, aby osłaniać wyładowywanie z transportów kolejowych na stacji Skarżysko-Kamienna, pozostałych wojsk zgrupowania południowego Armii „Prusy”. Rozpoczęto przegrupowanie w rejon na południowy-zachód od Końskich, nad rzekę Czarną. Na czele dywizji szedł 163 pp rez., który pod wodzą podpułkownika Przemysława Nakoniecznikoffa, 4 września rano przybył na swój odcinek obrony w rejon lasu Wincentów. Pierwszy batalion dowodzony przez majora Stanisława Ruśkiewicza zajął stanowiska na północnym brzegu rzeki, od rozwidlenia drogi Ruda Maleniecka – Wiosna, wystawiając ubezpieczenie w rejonie Maleńca. Drugi batalion stanowiący drugi rzut bojowy, dowodzony przez majora Jana Andrychowskiego i trzeci batalion dowodzony przez majora Kazimierza Bielawskiego oraz pozostałe oddziały ześrodkowały się w rejonie Ruda Maleniecka – Sierosławie, na północny wschód od Dęby. Dowodzony przez pułkownika Zygmunta Gromadzkiego 165 pułk zajął stanowiska obronne na południe od Końskich. Szwadron kawalerii dywizyjnej rotmistrza Bronisława Riczki, zajął stanowiska na zachód od Końskich, następnie przesunięty został w rejon Żarnowa. W dniach 3 i 4 września 36 Dywizja Piechoty wraz z rozlokowywanym w rejonie Skarżyska - Kielc i Końskich, południowym zgrupowaniem Armii „Prusy”, stanowiła osamotnioną wyspę obronną, która z braku wojska miała luki na skrzydłach sięgające kilkudziesięciu kilometrów.
Po południu 6 września z Przedborza na Końskie ruszyło natarcie II niemieckiej Dywizji Lekkiej z 14 Korpusu Zmotoryzowanego. Pierwsze walki z oddziałami nieprzyjaciela, wzdłuż szosy z Czermna do Wyszyna, podjęła komp. rozpoznawcza pierwszorzutowego 163 pułku 36 DP rez. Stoczyła ona walkę z niemieckim batalionem wzmocnionym artylerią. Pododdziały niemieckie zaatakowały następnie przyczółek pod Rudą Maleniecką, gdzie broniła się 3 kompania I batalionu. W tym dniu, aby wypełnić 20 kilometrową lukę obronną pomiędzy 36 DP i 3 DP ze zgrupowania południowego Armii „Prusy”, szwadron rtm. B. Riczki został przesunięty z rejonu Żarnowa w rejon Stąporkowa i Krasnej. Na odcinku bronionym przez 163 pp rez. cały czas trwały walki. Wieczorem został przez żołnierzy polskich zerwany most i tama na rzece Czarnej, rozlane wody zatopiły znaczne połacie terenu, co stanowiło poważną przeszkodę w ruchu pojazdów mechanicznych.
Nocą z 6 na 7 września sytuacja bojowa 36 DP rez. pogarszała się, dywizja była osamotniona postanowiono oddziały podciągnąć bliżej Końskich. wykorzystując poranną mgłę. 7 września ugrupowanie przyjęło nowe pozycje obronne wokół Końskich. Pierwszorzutowy 163 pp obsadził odcinek na zachód od Modliszewic i na południowy zachód od Nowego Kazanowa. Około godziny 14-tej pod ogniowym wsparciem artylerii ruszyło niemieckie natarcie, w wyniku silnego ostrzału i ponawianych prób, nastąpiło włamanie się Niemców do Kazanowa. Bateria kapitana Stanisława Pruskiego została obezwładniona celnym ogniem artyleryjskim, korygowanym z samolotów obserwacyjnych nieprzyjaciela. Podpułkownik P.Nakoniecznikoff zarządził kontratak siłami I baonu. Przebieg tych walk tak opisuje Piotr Zarzycki: „Uderzenie polskie wyszło z lasu kazanowskiego. Wzięły w nim udział 1 kompania kpt. Artura Dubeńskiego i 2 kompania por. Bogumiła Jurkiewicza. Atak na bagnety zaskoczył Niemców, którzy pośpiesznie wycofali się co pozwoliło odzyskać Kazanów. Kontratak wsparły ogniem III pluton. pod dowództwem plut. Franciszka Woźnego i pluton taczanek pod dowództwem ppor.rez. Stanisława Dziedzica 3 komp. ckm 163 pp rez.” /. Po wyparciu nieprzyjaciela, krótką przerwę w walce wykorzystano do ewakuacji rannych, których było bardzo wielu. Przewieziono ich do szpitala w Końskich. Sytuację na pomocniczym stanowisku opatrunkowym w lesie, na zachód od Końskich, tak opisuje lekarz 163 pp rez. kpt. lek. Wacław Chojnacki: Napływ rannych jest tak duży, że we dwójkę, z podchor. lek. Michałem nie możemy nadążyć ich opatrywać i ewakuować, chociaż we wszystkich batalionach lekarze urzędują . Wkrótce Niemcy ponownie zaatakowali, przełamując obronę na odcinku bronionym przez 7 i 8 kompanię III baonu 163 pp rez. Nastąpił ponowny polski kontratak siłami III baonu dowodzonego przez mjr. K. Bielawskiego, wspartymi przez odwodowy I baon 163 pp rez. mjr. S. Ruśkiewicza. Dochodzi do walki wręcz, decyduje bagnet i granat. W czasie ciężkich walk o każde zagłębienie terenu, szczególną dzielnością wsławił się plut. rez. Michał Raczykowski z Borszczowa. W walce ginie por. Józef Bukowski d-ca plutonu 1 komp. odwodowej baonu KOP „Borszczów”. Ostrzał artylerii niemieckiej na Las Kazanowski powoduje poważne straty wśród stojących tam taborów, pociski padają na punkt opatrunkowy, rozbijają punkt sanitarny, ginie sanitariusz i woźnica, ranny zostaje kpt. lek. Wacław Chojnacki /.Walki pośród zgliszcz Kazanowa trwały do zmroku. Niemcy wycofali się za rzekę Czarną. Pułk poniósł wysokie straty w ludziach. Poległo wielu polskich żołnierzy, a tabory pułkowe były rozbite. Stracono 5 działek ppanc. Jak podaje Piotr Zarzycki: „Według szacunkowych danych straty ludzkie 163 pp rez. osiągnęły tego dnia ok. 30%, a siła bojowa zmniejszyła się o ok. 50 % z powodu utraty ciężkiej broni” /. W nocy zaplanowano odwrót w kierunku wschodnim, w nakazany rejon koncentracji na wschód od szosy Skarżysko – Szydłowiec, w lesie na południe od wsi Sadek, a na zachód od Kierza Niedźwiedziego. W fazie organizowania odwrotu dowódca dywizji pułkownik Bolesław Ostrowski zabrał sztab dywizji, kompanię sztabową, szwadron kawalerii dywizyjnej, większość taborów i odjechał do leśniczówki Barak. O godzinie 20-tej pozostałe wojska polskie opuściły teren bitwy kierując się na wschód. Jako ostatnie opuściły Końskie baony 165 pułku, którym dowodził ppłk. Z. Gromadzki. Rolę ubezpieczenia spełniał II baon 165 pułku dowodzony przez mjr. Stanisława Inglota. Dowódca 163 pułku ppłk. P. Nakoniecznikoff objął dowództwo nad całością kolumny.
Przemarsz pozostałych oddziałów nastąpił dwiema drogami: pierwsza wiodła przez Nowy Kazanów, Końskie, Furmanów, Hutę, Barak, a druga przez Piłę, Kozią Wolę, Niekłań, Majdów, Skarżysko Książęce. W nocy nastąpiło przemieszanie oddziałów w poszczególnych pułkach, dlatego przegrupowanie oddziałów opóźniło odwrót dywizji. Wszystkie samochody okrężną drogą wysłano do nakazanego rejonu. Z ostrzeliwanych Końskich udało się ewakuować część rannych, których wywieziono na 40 wozach. Po godzinie 21-ej rozpoczął się odwrót 36 DP rez. Odwrót był bardzo trudny, tak wspomina go kpt. lek. W. Chojnacki: Maszerujemy po drogach wyboistych, polnych lub duktami leśnymi. Co chwila tabor zaczopowuje się, wozy się psują, konie ustają. Słyszę dookoła sarkania żołnierzy(...). Dokuczliwy brak wody. Ranni proszą o wodę. Mam zaledwie w kilku manierkach trochę wody i rozdzielam ją łykami... Zapasu wody nie mogę zrobić, bo omijamy wioski i osiedla /.
Straż boczna składająca się z II/165 pp rez., dowodzona przez mjr. S.Inglota, została zaatakowana rankiem w okolicy Niekłania, kompanie ppor. Mieczysława Wałęgi i ppor. Tadeusza Kuhna przyjmują główne uderzenie. Obie kompanie zostały rozbite, nieprzyjaciel atakuje straż tylną 36 DP rez., którą stanowił I/165 pp rez. dowodzony przez mjr. Mariana Tinza.
Pułkownik B. Ostrowski dotarł do leśniczówki na skraju wsi Barak, w pobliżu szosy Skarżysko - Szydłowiec rano 8 września około godz. 7-ej. Dowódca wydał rozkaz zabezpieczenia miejsca postoju. Nakazał zorganizować ubezpieczenie, szwadron kawalerii rozwinął się po obydwu stronach szosy, na skraju lasu od strony Szydłowca, zaś kompania sztabowa obsadziła kierunek od Skarżyska około 1, 5 kilometra na południe od kawalerzystów. Około godziny 11-tej oddziały te zaatakowała szpica złożona z oddziału kawalerii zmotoryzowanej i 5 samochodów pancernych, wsparta działkami ppanc. oraz bronią maszynową. Opór stawiła im najpierw kompania sztabowa oraz szwadron kawalerii. Kompania sztabowa zmuszona była pod naporem nieprzyjaciela wycofać się w las, w czasie walki została rozproszona. Pułkownik B. Ostrowski nakazał kwatermistrzowi dywizji mjr. dypl. Stanisławowi Kramarowi i pomocnikowi oficera operacyjnego kpt. Władysławowi Fijałkowskiemu przyjść z pomocą walczącym oddziałom poprzez kontratak przy pomocy żołnierzy kompanii łączności i żołnierzy z taborów. Na czele atakujących szli mjr dypl. S. Kramar, kpt. Ładysław Kuśmidrowicz oraz oficer operacyjny kpt. Wojciech Borzobohaty. Kontratak załamał się, niepowodzeniem zakończyła walka szwadronu kawalerii. Kawaleria wycofała się do m. Barak. Tutaj była ponownie atakowana przez nieprzyjaciela, odpierała ataki, aż do godziny 15-tej, a po włączeniu artylerii niemieckiej, rtm. B. Riczka, po stwierdzeniu obecności w pobliskim lesie pancernych oddziałów niemieckich i nie nawiązawszy kontaktu z resztą grupy, nakazał odwrót. W czasie dotychczasowej walki szwadron stracił 15 koni. (por. Południowe Zgrupowanie Armii Prusy we wrześniu 1939 str. 259.). Kawaleria wycofała się w kierunku Wierzbicy i Skaryszewa, w godzinach wieczornych 9 września, przekroczyła Wisłę pod Regowem. Szwadron rtm. Riczki, dołączył na Lubelszczyźnie, do kombinowanej Brygady Kawalerii płk. Adama Zakrzewskiego. W trakcie walk pod Jacnią, koło Krasnobrodu, w dniu 23 września poległ dowódca szwadronu.
Siły główne dywizji dotarły w godzinach popołudniowych do szosy Skarżysko-Szydłowiec, napotykając wszędzie na drodze odwrotu oddziały niemieckie . Stwierdzono odcięcie dywizji od sił prowadzonych przez płk. B. Ostrowskiego i pozostałych sił Zgrupowania. Dowództwo nad resztą dywizji objął ppłk. P. Nakoniecznikoff, który podjął decyzję o przebiciu się. Przed natarciem na posuwające się szosą jednostki niemieckie zarządzono krótki odpoczynek w lesie na południe od m. Barak. Żołnierze byli bardzo zmęczeni, wydano wówczas ostatni obiad. Przed walką dołączył do dywizji pluton konny z komp. kpt. Tadeusza Swobody, który prowadził rozpoznanie na kierunku Skarżysko Kamienna. 163 pp rez. ruszył do natarcia po godzinie 15-tej, 165 pp rez. ubezpieczał działania, w jego składzie dowódca pozostawił baon z rozbitków 7 DP. 163 pp rez. ruszył do natarcia na lewym skrzydle, od strony Skarżyska Kamiennej. Pierwszy do szosy dotarł I baon 163 pp rez. majora S. Ruśkiewicza. Zaskoczył on kolumnę niemiecką niszcząc kilka pojazdów i rozpraszając nieprzyjaciela w lesie od strony wschodniej na kierunku Sadek. Nieprzyjaciel od strony Baraku wprowadza nowe siły, trwa zacięta walka, obie strony ponoszą znaczne straty. Duży sukces odnosi baon mjr. J. Andrychowskiego, gwałtownym uderzeniem likwiduje nieprzyjaciela na szosie, którą następnie obsadza. Kompania por. Mariana Jakubowskiego z 2 plutonami cekaemów obsadza szosę na południowym skraju lasu szydłowieckiego. Kompania por. Stanisława Wośki z działkami ppanc., kompania por. Zbigniewa Horoszewicza i bateria dział kpt. S. Pruskiego staja na szosie na prawym skrzydle. Działa strzelają na wprost do nadjeżdżających czołgów wroga. Nieprzyjaciel traci kilka czołgów. W II/165 pp rez. wyróżnia się celowniczy działka ppanc. strzelec Stefan Kolasa. Nieprzyjaciel kieruje na polskie stanowiska ogień artylerii. Do walki włącza się I/165 pp rez. majora M. Tinza, który dotarł do rejonu walki, niszczy dalszych kilka pojazdów i zajmuje szosę w rejonie Barak - Wola Korzeniowa. Nieprzyjaciel wprowadza do walki od strony Szydłowca nowe siły i lotnictwo. Trwa bój. Tak jego rozpoczęcie wspomina uczestnik Józef Krajna: Padła komenda: ognia! Rozpoczął się jazgot karabinów maszynowych i ręcznych. Kiedy pierwszy czołg mijał dolinę, dosięgła go salwa i pokrył się obłokiem czarnego dymu. Drugi próbował wyprzedzić rozbity wrak, lecz daremnie. Też dostał. Rozgorzał bój.
Kiedy I/165 pp rez. zatrzymał się aby pozbierać rannych i broń, znów następuje atak niemiecki. W walce uczestniczy też batalion zbiorczy 7 DP, dowodzony przez por. Michała Chełmickiego. W pierwszej linii idzie kompania zbiorcza z 27 pp dowodzona przez por. Jana Łodzińskiego. Atakują nieprzyjaciela leśnymi duktami, kompanię zbiorczą z batalionu ON Kłobuck prowadzi por. Jan Merkisz z 25 pp. Niespodziewana akcja odrzuca wroga, giną w niej jednak: por. J. Merkisz, ( w latach 1934-1938 oficer KOP Iwieniec), ppor. Józef Kopytek, ppor. Kazimierz Maliszewski, ppor. Jan Maszkowski, plut. Tadeusz Boba, szeregowy Mieczysław Kupiak z 25 pp, a z 27 pp giną por. Kazimierz Malczewski, ppor. rez. Marian Majcherek, kpt. lek. dr Adam Kolberg. Przecięty serią z karabinu maszynowego w pobliżu szosy pada szef kompanii sierż. Józef Paszkiewicz.
Niemcy próbują uderzenia na tyły 163 pp rez., w groźnej sytuacji znalazła się kompania dowodzona przez kpt. Władysława Henzla. Wróg tymczasem wezwał na pomoc lotnictwo. Niebawem nad pozycjami wojsk polskich pojawił się samolot obserwacyjny „Henkel”. Wkrótce potem odezwała się także niemiecka artyleria ciężka, bateria Halickiego została rozbita. Poległa też jej obsługa.
Łącznie w walce zginęło 136 polskich żołnierzy. Z braku szczegółowych informacji identyfikacyjnych, trudno dziś jednoznacznie ustalić pełną liczbę poległych żołnierzy KOP. Biorąc jednak pod uwagę ich zaangażowanie w walkę oraz bitność 163 pp rez., można przypuszczać, że większość z nich to kresowi żołnierze KOP. Udało się ustalić ich nazwiska: st. strzelec DROCHOMIRECKI…, strz. Walter JAGER, por. Marian Wincenty JAKUBOWSKI z baonu KOP „Czortków”, Władysław Antoni JANKOWSKI, ppor. KRAWCZYK…z baonu KOP ”Czortków”, kpt. Stefan MRÓZ z baonu KOP „Czortków’, kpr. PODBRĄCZYŃSKI…, strzelec WIDECKI…, kpr. Józef WOŁEK. Wszyscy oni polegli w walkach pod Szydłowcem , W dniu 8 września, jak po latach udało się ustalić rodzinie, poległ także żołnierz 163 pp rez strz. rez. Kazimierz Żółkiewski
Słońce zachodziło ukazując duże półkole czerwieni. Kończył się niezwykle ciężki i krwawy dzień 8 września 1939r. Dowódca oddziałów polskich ppłk. P. Nakoniecznikoff rzucił całość sił do sforsowania szosy i wsparcia baonu 163 pp rez., 6 kompanii 165 pp rez., która ocalała po bitwie batalionu mjr. S. Inglota pod Niekłaniem. Pierwszy sforsował przeszkodę ppłk Z. Gromadzki. Wraz z nastaniem zmierzchu Niemcy wycofali swe siły spod wsi Barak i wojska polskie przeszły na wschodnią stronę bez walki. Tylko od czasu do czasu ostrzeliwała je artyleria niemiecka. Kolumna polska udała się w rejon Trębowca Dużego na zachód od Iłży, tam częściowo wzięła jeszcze udział w bitwie o Iłżę. Po dotarciu w pobliże Wisły oddziały uległy rozformowaniu w okolicy leśniczówki Narożnik. Małe grupy żołnierzy samodzielnie przedzierały się za Wisłę. Żołnierze z rozformowanej 36 DP rez. walczyli jeszcze w innych jednostkach w okolicy Chełma Lubelskiego i Krasnobrodu. W miejscowości Jacnia poległ rotmistrz Bronisław Riczka, w rejonie tym we wrześniu 1939 roku walczyły oddziały Wołyńskiej Brygady Kawalerii dowodzonej przez pułkownika Filipowicza oraz Kombinowanej Brygady Kawalerii pułkownika Zakrzewskiego. Żołnierz polski trwał z godnym podziwu uporem, podejmując mężnie nierówną walkę z najeźdźcą.
Szczególnym symbolem tej walki dla mieszkańców Szydłowca i okolic stał się dzień 8 września i bitwa pod wsią Barak. W 1980 w Baraku wzniesiony został pomnik poświęcony Żołnierzom Września, od lat dziewięćdziesiątych XX wieku corocznie Urząd Miasta organizował uroczystości rocznicowe bitwy pod Barakiem. Udział w tej bitwie oddziałów sformowanych z żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza był jednak zapomniany. Decyzja władz szkoły, samorządu uczniowskiego i rady rodziców jest nawiązaniem do lokalnej historii i napawa nadzieją przywrócenia pamięci o bohaterstwie żołnierzy formacji granicznej II Rzeczpospolitej. /Koniec cytatu/.
*Wytłuszczenia druku, powyżej i poniżej , dot. jednostki szer. Stefana.
Co się działo z szer. Stefanem z I baonu 163 pp Czortków w rejonie Końskiego?
Wg wszelkich ustaleń właśnie w zamieszaniu w walkach w Lesie Kazanowskim pod Końskiem do niewoli niemieckiej trafia grupa żołnierzy z I baonu 163 pp z Czortkowa odciętych od macierzystego pododdziału w godzinach popołudniowych po silnym ostrzale artyleryjskim i zniszczeniu taborów przez Niemców. Szeregowcy nie byli zapoznawani z planami działań nawet szczebla kompanii – stad relacje ich nie są zbyt ściśle powiązane z materiałem dokumentacyjnym walk we wspomnianym rejonie. Dynamika działań była tak duża, że sami dowódcy plutonów gubili się w rzeczowej i faktycznej ocenie sytuacji. Rozbrojenia grupy żołnierzy w składzie około 12 ludzi dokonał podoficer Wehrmachtu dowodzący plutonem . Wcześniej zresztą widząc beznadziejną sytuację i nie posiadając już amunicji ( i widząc okrążających ich Niemców) żołnierze polscy odłożyli broń i wyrzucili w zarośla zamki karabinów. Przez co w czasie brania jeńca nie doszło do przypadkowej , niepotrzebnej śmierci żołnierzy polskich. Podoficer niemiecki był bardzo zdenerwowany i wymachiwał pistoletem przed nosem żołnierzy siedzących na ziemi. Wśród tych żołnierzy znajdował się szer. Stefan .

Tymczasem co się działo w macierzystej jednostce KOP w Czortkowie w dniu 17 września 1939r.?
Pierwszą reakcją na agresję sowiecką, w KOP Czortków poza szalonym zaskoczeniem i przygnębieniem, było: "walczyć!". Dowódcą pułku KOP "Podole" (czasem określanego jako Pułk KOP "Czortków"), był ppłk. Marceli Kotarba toczący walkę z wojskami sowieckimi częściowo już od 2.00 17. 09. 1939.
Według meldunku ppłk. Kotarby do Naczelnego Dowództwa już we wczesnych godzinach rannych 17. IX, na odcinku Borszczów zniszczono dwa czołgi sowieckie. Przed południem 17. IX oddziały KOP musiały opuścić Czortków. W samym mieście nie doszło do żadnej walki. Z jakichś względów w „II oddziale” KOP w Czortkowie pozostało kilka podoficerów z administracji i jeden z nich popełnił samobójstwo w biurze (nazwisko nieznane).



W niewoli
Grupy żołnierzy wziętych do niewoli były ładowane na transport kolejowy i po kilku dniach dotarły do obozu Lamsdorf (Łambinowice), skąd rozdzielano transporty jeńców dalej w głąb Rzeszy Niemieckiej. Szer. Stefan otrzymał nr jeniecki 13380 i dołączony został do transportu jadącego w kierunku Bawarii. Prawdopodobnie jeniec szer. Stefan był kilka dni w Willenedorf w Austrii – ale nie był to obóz tylko miejsce przeładunku. Właściwym obozem docelowym był Stalag XIII D Nürnberg-Langwasser.

Komendantem "Stalagu XIII D Nürnberg-Langwasser" był pułkownik Pelet.
Mieścił się on na obszarze niezabudowanym, dziś są tam dzielnice mieszkaniowe. Wcześniej był tam „SA-Lager „ obóz szturmowców nazistowskich z S.A., obóz więźniów, a natychmiast po agresji na Polskę w 1939 - używany był przez Wehrmacht, jako obóz internowania („Ilag” – Internierungslager) i szybko przekształcony w stalag.

Liczba osadzonych wynosiła 150000 w baraku mieściło się 200 osób. Były tu wszystkie nacje: Polacy, Holendrzy, Belgowie i Francuzi, brytyjscy żołnierze byli skoncentrowani w innych obozach, głównie we wschodniej części Rzeszy.

Od początku używano żołnierzy -jeńców
wykwalifikowanych w zawodach przydatnych do przemysłu w "Arbeitskommando" "Wehrmacht". Inni używani byli do pracy jako parobkowie w obszarach wiejskich.
(U bauerów).

Rozwiązanie "Stalagu " Norymberga-Langwasser nastąpiło w sierpniu 1940 r. ze względu na
tworzenie mniejszych jednostek łatwiejszych do kontroli i rozmieszczonych w większej odległości od siebie "Wehrkreis".
W rezultacie powstały 3 nowe "Stalagi”:

Stalag XIII A Hohenfels,
Stalag XIII B Weiden
Stalag XIII C Hammelburg (Dolna Frankonia) - komendant Oberstleutnant Behrens

Po niemieckiej agresji na Związek Radziecki miliony żołnierzy Armii Czerwonej dostało się do niewoli i Niemcy wykorzystali ich do pracy w niemieckim przemyśle ( szeregowych i oficerów) , bo ZSRR nie podpisał Konwencji Genewskiej.
"Stalag XIII D." w sierpniu 1943 był silnie uszkodzony przez alianckie naloty i później był miejscem chaotycznych ewakuacji i transportów z innych obozów.

Kilka wspomnień z obozu:

Wspomnienia z pobytu w stalagach nie należą do przyjemnych i każdy zwykły żołnierz stara się wymazać z pamięci dręczące obrazy, wspomnienia głodu i chorób, pogardy zwycięzców, niepewności losu. Nikt przecież nie wiedział kiedy wojna się skończy. Odcięty był od informacji o najbliższych - jakkolwiek poczta obozowa funkcjonowała z cenzurą. Wiadomości ze świata nie docierały do jeńców, a o kondycji wojsk niemieckich można było się domyśleć z postawy strażników. Czym bliżej znajdowali się alianci - tym grzeczniej zachowywali się strażnicy i komenda obozu.
Jedzenie było podłe, zresztą które państwo karmiło wtedy jeńców odpowiednio. Zupa składała się z wody i kawałków brukwi. Główną chorobą w obozie był dur brzuszny, czerwonka. Wielu jeńców umierało z powodu komplikacji chorób i niedożywienia. Twardą walutą w obozie były papierosy. Jeniec Stefan przypomina lato – po przeniesieniu do stalagu Hammelburg – gdzie była jeszcze trawa. Po dwóch dniach – trawa była wyjedzona.
Po drugiej stronie drutów był jeszcze pusty obóz dla Francuzów – gdzie była piękna soczysta trawa. Gdy wreszcie pojawili się tam jeńcy francuscy – śmiali się z Polaków – że jedzą trawę.
Za dwa tygodnie i u Francuzów trawa znikła...
Jeńcy zachodni dostawali jednak później dużo paczek – od rodzin i z Czerwonego Krzyża- mieli więc sporo papierosów i słodyczy. Jeniec Stefan pracował raz u jeńców z Francji przy remoncie kanalizacji. Dostał od nich dużą ilość ciasteczek – bardzo delikatnych, tzw. „bisquits” – którymi wypchał nogawki spodni i rękawy munduru.
Strażnik przy wejściu do części polskiej – zauważył to. Wziął kij i zaczął tłuc go po nogawkach i rękawach - aż ciasteczka zamieniły się w pył i wysypały na ziemię...
Reszta strażników miała świetną rozrywkę przy tym – śmiali się rechocząc i wykrzykując jakieś germańskie gardłowe okrzyki.
Później strażnik powiedział – że jak chce może to zjeść z drogi.
Jeniec Stefan gdy był chory – i zwolniony był z ciężkich robót kilka razy pracował w budynku poczty stalagu , gdzie szefem był stary niemiecki podoficer – któremu jeniec naprawiał rower. Szeregowiec znał się na tym dobrze i podoficer był zadowolony.
Wachman jednak robił kanty z przychodzącymi paczkami i jeniec Stefek unikał pracy w tej placówce. By nie narazić się kolegom , a również „szefowi”.
Jeńcy dobrze wspominali lekarza obozowego – niemieckiego kapitana – który traktował ich po ludzku .
Jeniec Stefan rozkazem komendanta został odkomenderowany wraz z innymi niewolnikami do pracy o bauera. Jeden bauer dostawał tylko jednego robotnika – by nie stanowili problemu dla Niemca. Wykorzystany był za to - za trzech . Bauer jednak dawał dobrze jeść i jeniec Stobnicki szybko doszedł do zdrowia – mimo ciężkiej pracy w polu i obejściu. Jadł posiłki w tym samym czasie co rodzina bauera – za otwartymi drzwiami do sieni (musieli go widzieć cały czas). Mógł jednak jeść i pić – ile chciał. Miał początkowo trudności z końmi – które go nie słuchały. Były to ogromne i silne konie. A szer. Stefek nigdy nie był rolnikiem – pochodził z miasta i roboty w polu musiał się dopiero uczyć. Jednego razu – gdy już konie nabrały do niego zaufania i pracowały spokojnie – jeniec szer. Stefek dostał znienacka w twarz od samego gospodarza. Początkowo chciał mu oddać – ale wizja dyndania na sznurze – ochłodziła jego zapędy. Bauer jednak nie uderzył go za darmo. O godz. 12.00 – gdy z wieży kościelnej rozlegał się dzwon na Anioł Pański – konie miały pół godziny odpoczynku.
Nie chodziło o jeńca – a o konie. I dlatego jeniec nr 13380 – pamiętał już potem o przerwie.
W pole dostawał drugie śniadanie w płóciennym woreczku – który gospodyni przywiązywała koniowi do uprzęży przy pysku konia . Chodziło o to by niewolnik nie dotknął czasem jej ręki przy odbieraniu jedzenia.
Dużym niebezpieczeństwem były córki gospodarza. Młode, szerokie w biodrach i piersiaste ładne Niemki. Zaczepiały jeńca ( jak już nabrał trochę ciała) często – bo młodzi mężczyźni byli na wojnie – a dziewczęta miały swoje potrzeby.
Stefek nigdy jednak nie uległ pokusie – groził za to stryczek – a dziewczynom ostrzyżenie włosów , chodzenie z tabliczką na szyi po wsi i potem – obóz koncentracyjny.
Gdy alianci zaczęli zbliżać się do obszarów obozów – władze obozowe rozpoczęły sukcesywne zwalnianie jeńców. Szer. Stefan – korzystając ze znajomości niemieckiego, poprzez Austrię i Czechy - po wielu niebezpiecznych perypetiach na dworcach kolejowych dotarł do swojego miasteczka na południowym wschodzie Polski. Szeregowemu Stefanowi udało się znaleźć po zachodniej stronie linii Curzona.

Autor © Marek Mozets

Literatura

Erika Sanden: Das Kriegsgefangenenlager Nurnberg-Langwasser 1939-1945. Norymberga
1993. Bawaria.


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:18 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Stefek Wyzwolony
/opowiadanie autentyczne/



Siedział na skrzynce z marchewką.W sklepie było pusto.
Jego matka stała za ladą i z nawyku poprawiała na półkach
torebki z nasionkami, czosnek, cebulę. Towaru było co kot
napłakał, ale i to dawało parę groszy na najpilniejsze
potrzeby dużej rodziny. Przed wojną była tu duża
restauracja, ze sklepem obok. W targowe dni ruch był tak
wielki, że cała rodzina miała zajęcie. W miasteczku przed wojną, było co prawda jeszcze kilka knajp. Ale polskich, było - co kot napłakał. Resztą rządzili miejscowi Żydzi. Popatrzywszy na spis mieszkańców, polskich nazwisk trzeba było dobrze szukać. Generalnie goje w tej miejscowości stanowili margines. Chłopi nie byli tak wielkimi patriotami, by omijać po jarmarku starozakonne restauracje, ale w tych paru polskich także było co do roboty. Teraz prowadzenie restauracji mogło się zakończyć natychmiastowym bankructwem, gdyby zaglądnęła do niej kompania krasnoarmiejców. Zjedliby, wypili, nie zapłacili i - poszli. Dobrze by było, gdyby nie zgwałcili wszystkich córek i gospodyni, oraz nie podpalili na odchodne lokalu. Poza tym właściciel takiej najbiedniejszej nawet knajpy uchodził w oczach bolszewików za burżuja i wyzyskiwacza klasy robotniczo-chłopskiej. Niemcy w czasie okupacji, wyczyścili prawie do cna miasteczko z ich mieszkańców, o egzotycznych nazwiskach , które w większości zresztą, przypominały składnię germańską. Wojna przewaliła się przez miasteczko na zachód, zostawiła jednak po sobie nową zainstalowaną władzę , do której przykleili się miejscowi zwolennicy marksizmu-leninizmu. Prawie wszyscy nie mieli dobrze pojęcia na czym to ma polegać- ale zapewniano ich, że to będzie - „szczastie i dobrobyt”.
Podejrzane co najmniej było, że te nowe porządki chcieli zaprowadzać nie ludzie szanowani w miasteczku , a wszelkie męty społeczne , które przed wojną były ledwie tolerowane i traktowane jak przymusowy wrzód na siedzeniu.
Tak więc jednym z pierwszych ideologów i filarów nowego systemu sprawiedliwości „społecnej” została miejscowa ladacznica, która sprzedawała swoje wdzięki, (bardzo tanio) kolejnym regimentom wojsk – władającym miasteczkiem. I tak zacząwszy od mieszaniny armii austro-węgierskiej, poprzez Rosjan, Niemców – skończywszy na przedstawicielach Krasnoj Armii, z ich wszechzwiązkową strukturą narodowościową.
W przerwach obsługiwała miejscowych kmieci, zgodnie z proletariacką zasadą, że - „wszyscy klienci są równi”. Niektórzy z nich mieli tylko grubsze portfele. Co jakoś dziwnie nie pasowało do zasad egalitaryzmu, jednak przy uiszczaniu rachunku – było przyjemne...
Szeregowy Stefan wrócił właśnie z obozu jenieckiego w Niemczech. Był to stalag Nurnberg w Bawarii. Stefek i jego miasteczko zostały wyzwolone przez Armię Czerwoną – na co Stefek nie miał zupełnie wpływu. Być może wolałby by być wyzwolony przez bardziej cywilizowaną armię, powiedzmy amerykańską, ale okazało się to niemożliwe z wielu powodów. Miał nieprzyjemne wspomnienia związane z Armią Czerwoną z roku 1939. Kiedy to ta sama armia zmusiła go do wycofania się z polskiej granicy w Czortkowie. Wtedy to był żołnierzem Korpusu Ochrony Pogranicza w Czortkowie, którego jakoś dziwnie, (nie wiadomo dlaczego) - nie nazywano Ukrainą.
A nawet mówiono, że to jest Polska. Sami mieszkańcy tych terenów mówili na siebie „tutejsi”. Wiedzieli jednak, że nie są Lachami. Pewna ich część w latach 40-tych II wojny stwierdziła jednak, że dalej nie jest w stanie tolerować „polskich panów” i należy ich wyrżnąć co do jednego – co prawie im się udało, (pojdim Lachy rezaty!)
Pomysłowość w zabijaniu tych niebezpiecznych wrogów, mającej się narodzić „samostijnej” (jak zapewniali towarzysze z Kraju Rad) U-krainy, przerosła wszelkie oczekiwania.
Sam Doncow, propagator tej wysoce absorbującej akcji nie mógł wyjść z podziwu – ile w tym prostym , niewykształconym chłopstwie tkwi twórczej inwencji. Dzisiaj nawet twórcy najbardziej makabrycznych filmów klasy „B” w rodzaju „Krwawa siekiera 43” – nie byliby w stanie wymyślić tak oryginalnych i wymyślnych sposobów pozbawiania ludzi życia, - jak ten prosty naród . I wszelkie innowacje w tej dziedzinie, odkrywane przez dzielnych mołojców OUN – były przez ich wodzów nagradzane. Materiał , w którym musieli ciężko pracować ci zapracowani po łokcie (we krwi) podwładni Doncowa , Bandery, Szuchewycza, Kłyma Sawura i Łebeda, zaczynał się od noworodków w kołysce – a kończył na starcach. Specjalnie orginalną taryfę mieli księża katoliccy i kobiety w ciąży.
Do dzisiaj wielu sławnych psychiatrów na świecie wzdraga się przed wzięciem na warsztat naukowy rozpracowania wydarzeń z Halicza i Podola.
Być może przerasta to ich możliwości pojmowania okrucieństwa. Albo nauka nie jest w stanie sklasyfikować takich zachowań. Socjologowie ( również) i słusznie , wolą opracowania w rodzaju „Socjosfery rynków małych miasteczek”.
Więc lepiej je ominąć i zapomnieć. I wybaczyć. Choć sam Herbert powiedział :
„I nie wybaczaj, zaiste nie w twojej mocy jest wybaczać w imieniu tych , których stracono o świcie”.
Oddając sprawiedliwość temu prostemu ludowi – trzeba przyznać, że w wielu z nich Bóg zachował naturalne ludzkie odruchy i kazał ostrzegać Lachów – ich dobrych sąsiadów i często opiekuńczych PANÓW – przed mającymi nastąpić nocnymi odwiedzinami dzielnych „rezunów’.
I ginęli podobnie jak Lachy, wg zasady - „Za odnoho Polaha – hołowa do pniaha”. (odrąbywano im głowę siekierą na pniaku).
Siedział tak sobie dzielny szeregowiec Stefek na skrzynce i jakoś trudno mu było wpaść w euforię z powodu „wyzwolenia” go, przez dzielny naród sowiecki.
Aż tu nagle wchodzi do sklepu jegomość w cyklistówce, butach oficerkach i życzy sobie rozmienić 500zł. W szufladce było tego dnia może 5 złotych po pierwszym kliencie i sklepowa ,(a matka Stefka), w szczerym geście rozłożyła ręce, mówiąc, że takiej sumy już dawno nie widziała.
Wtedy klient wyciągnął zza pazuchy duży rewolwer i machając nim przed nosem biednej, wystraszonej kobiecie – zaczął wywrzaskiwać jakieś obelgi, z których najbardziej irracjonalne ( i zrozumiałe) były :
-„czarna sanacja’!!! i „burżuje”!!!
Stefek co nieco powąchał prochu na wojnie, zanim cofając się w 1939 z Ukrainy ze swoją jednostką Polskiego Wojska, - przed niezwyciężoną Armią Czerwoną został pod Końskiem wzięty do niewoli. Tym razem przez sojuszników Armii Czerwonej, czyli – Niemców.
W czasie „brania jeńca” także widział lufę rewolweru podoficera Wehrmachtu przed swoim nosem. Ale to było naturalne, że żołnierzowi w mundurze, z karabinem i to wrogiej armii – machać rewolwerem przed nosem nie tylko można – ale nawet należy.
Stefek zdziwił się więc, co to może być. Uzbrojony nie był Rosjaninem – bo ten mógłby to robić – mimo, że już podobno „wyzwolono” miasteczko. Stefek wiedział jednak, że ci wyzwoliciele gorsi byli czasem od hitlerowców. Za okupacji, żołnierz niemiecki jeśli już wchodził do polskiego domu – musiał mieć jakiś powód. Broń , radio, partyzant – tego szukano. Nie było sensu barykadować się, bo Niemcy spokojnie, metodycznie i bezwzględnie robili swoje –czyli wykonywali rozkazy. Armia Czerwona idąc przez miasteczko rozłaziła się po domach jak insekty, kradnąc co się da i wpychając do kuchni i pokoju. Nieostrożne gospodynie narażały się na pewne zgwałcenie, jeśli nie było nikogo w domu i nie potrafiły uciekać lub głośno krzyczeć.
Co czasem pomagało.
Na rynku miasteczka młody rosyjski lejtnant próbował raz poskromić dwóch szeregowych czerwonoarmiejców. Byli to pijani osobnicy obwieszeni bronią jak choinki. Dziwnie wyglądał ten liejtienant ze swoim nagancikiem – gdy grzecznie poprosił obydwu „riadawych”;
- „Tawariszczci riadawyje – pojditie sa mnoj!!”
Szeregowcy byli potężnego wzrostu - o azjatyckich obliczach i bliżej stojący lejtienanta,- dmuchał mu odorem wódki w denko czapki.
Nagle wielkolud Azjata wyjął zza pasa rewolwer i strzelił prosto w twarz porucznikowi, bo mu zawracał głowę.
Po czym zataczając się próbował iść dalej ze swoim towarzyszem. Wtedy jednak zleciała się cała chmara innych wyzwolicieli Polski Ludowej i stosem ciał unieruchomiła obydwu mołojców.
Koło stacji kolejowej był loch – piwnica, gdzie kilku czerwonoarmistów zajmowało się wysyłką poległych w okolicy żołnierzy, - do Kraju Rad.
Ponieważ trumien nie było i zajmowałyby dużo miejsca w wagonach – żołnierze zajmowali się makabrycznym zajęciem. Ćwiartowali zwłoki na wymiar, który pasował do drewnianych , kwadratowych skrzynek. Skrzynki nie były szczelne, przypominały skrzynki na jabłka i część ich zawartości wystawała na zewnątrz.
Dwóch Azjatów pod wieczór, także znalazło swoje miejsce w tych pojemnikach.
Wcześniej odbyli kulturalne przesłuchanie w pobliskiej siedzibie NKWD. Polegało ono na biciu grubymi pałami od nóg do głowy – przez jeszcze tęższych niż oni Kałmuków, do momentu gdy już nie było żadnej całej kości.
Z początku nawet krzyczeli – strasznym zwierzęcym rykiem, który przechodził w coraz cichsze – „matuszka maja”...
Lekarz , który oglądał ich po „przesłuchaniu” był zaszokowany widokiem spuchniętych , granatowych od bicia ciał, które nie przypominały ludzi, a jakąś bezkształtną masę.
Tak więc szeregowy Stefek, który widział już niejedno, podszedł z tyłu do uzbrojonego klienta i po prostu wyrwał mu z garści rewolwer, - kopnięciem w siedzenie wypraszając ze sklepu.
Dopiero, gdy tamten szybko zniknął za rogiem gdzie mieszkała Czarna Hanka ( jeszcze jedna dobra kobieta –oddająca mężczyznom wszystko co miała najdroższego...), coś zaczęło mu świtać w świeżo-jenieckiej łepetynie.
Dlatego, założył rewolwer kabłąkiem na palec i ostrożnie wystawił rękę poza drzwi - na ulicę.
Czekał niedługo.
Rozległ się tupot kilku par nóg spod nory Hanki i nagle ktoś zerwał mu z palca rewolwer.
Na chodniku i szosie pod sklepem stało 4 przedstawicieli władzy LUDOWEJ.
Wszyscy celowali z broni - w otwarte drzwi sklepu. Ubrani byli w w kufajki z biało-czerwonymi opaskami ( z napisem MILICJA) na ramieniu. Uzbrojeni w rosyjskie karabiny Mossin i granaty. Ich wódz miał pepeszę z dużym bębnem amunicji i szablę, gołą, bez pochwy –zatkniętą za skórzany pasek przy kufajce.
I to on wrzasnął:
-„Wychodzić!!!!!” , „Ręce do góry!!!!”
Stefek wyszedł z ciemnego sklepu na jasną ulicę i z początku widział tylko plamy uzbrojonych postaci.
Po chwili rozpoznał, że dowódcą tego regimentu jest jego były znajomy (Józek) sprzed wojny. Chłop z pobliskiej wsi, który w czasie okupacji kradł węgiel z niemieckich transportów. Przy tej czynności, która Niemcom bardzo się nie podobała, został postrzelony w pośladek przez pilnującego wagonów wartownika - starego niemieckiego żołnierza tzw. „banshutza”.
Później Józek dorabiał do tego wydarzenia legendę i gdy już został w latach 60-tych Prezesem Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, wszystkim pokazywał te bliznę na d...e i mówił, że to rana odniesiona w partyzantce – w czasie ciężkich walk z Niemcami. Nikt jednak nie wiedział, co to był za oddział, jak się nazywał i gdzie walczył. Tak naprawdę dzielny „partyzant” nie był w ogóle ani w wojsku, ani na wojnie, ani w partyzantce.
Szeregowy Stefek próbował coś wyjaśnić zaczynając od „Józek – nie wiedziałem, że to ktoś od was...”
Ale „Józek” wrzasnął:
- „Milczeć!!!”, bedzieta sie tłumacyć na posterunku!!
Cywil w cyklistówce wściekły i z odzyskanym rewolwerem w dłoni, biegał za plecami Józka jakby mu ktoś wrzucił pokrzywę do kaleson.
Józek ubezpieczany przez resztę swoich pomocników, prowadził Stefka z rękami nad głową przez ulice miasteczka na posterunek, który był jednocześnie siedzibą NKWD i szturał lufą pepeszy w potylicę wroga ludu – Stefka.
Stefek nie wiedział czy broń jest zabezpieczona i poprosił:
-„panie – nie szturaj pan tą lufą – bo może wystrzelić”,
Celowo nie używał już formy „Józek” – tylko PAN.
Ale się przeliczył.
Józek poznał już smak władzy i istotę rodzącego się – nowego porządku.
Józek wrzasnął, ciężko obrażony burżujską i sanacyjną formą - „Pan”.
- „Stulić pysk!! Panów ni ma – CHŁOPY rzondzom!!!”
Wrzucono go do dużej celi w piwnicy pod budynkiem. Nie wiedział, że niedługo potem, w drugiej piwnicy znalazła się jego stara matka.
W celi leżał na snopku słomy rzuconym na posadzkę jakiś wiekowy Cygan. Okropnie kaszlał i widać było, że jego dni są już policzone.
Stefek siedział już trzeci miesiąc i nic się nie działo. Nie był nawet na przesłuchaniu. Pomału zaczynał wątpić, że to całe zdarzenie to przypadek. Raczej jakaś nędzna prowokacja jeszcze bardziej nędznych ludzi z miasteczka. Do piwnicy zaglądał tylko cywil, który odzyskał rewolwer i chciał się rozliczyć ze Stefkiem. Stefkowi było jednak wszystko jedno. Wiedział, że tak łatwo się z tego nie wywinie. Więc tylko ostrzegł cywila, że jest byłym żołnierzem i jeńcem wojennym. I nie pozwoli się bić.Nie bili go Niemcy w obozie – to tym bardziej nie będzie go bił jakiś miejscowy cham. Jeśli ma mieć wyrok to - sądowy. Powiedział mu przez kratę, że jeśli ma pójść do piachu – to wcześniej go udusi. Cywil chyba uwierzył w to – bo przestał się pojawiać.
Zresztą strażnik więzienny, człowiek z miasteczka, który dobrze znał Stefka – próbował ich godzić. Mówiąc: „wypijeta flaszkę, Stefek Was przeprosi i - będzie po krzyku”.
Ale nowa władza, nie darowała takich afrontów, zgodnie z zasadą, że „ograniczony umysł wyżywa się w nieograniczonych ambicjach”.
Cywil odbił sobie na starym Cyganie. Wpadł do celi , kopał go i skakał mu po piersiach. Cygan nie dożył następnego ranka.
Tymczasem po miesiącu matkę Stefka zwolniono, o czym szepnął mu strażnik.
Żona Stefka od aresztowania codziennie wydeptywała ścieżki do posterunku – by zwolniono jej męża .
Tłumaczyła, że Stefek jest głupi – bo jak by był mądry, to by przecież nie zabierał broni Panu Milicjantowi.
I po co takiego głupiego trzymać w więzieniu. Ona sama da mu po łbie –jak tylko go zwolnią.
Rosjaninowi, który się temu przysłuchiwał, nawet trafiało to do przekonania.
-„Wot umnaja chaziajka , adpusti Stiepanu !”
Ale polski kamandir – miał inne zdanie. Albo bał się prowokacji. Każda władza musi mieć wrogów. Jeśli nawet nie są za bardzo groźni to nic nie szkodzi. Taki Stefek niech wie, - że z władzą nie wolno zadzierać.
Żona Stefka poobchodziła wszystkich aktywistów partyjnych w miasteczku, płaszcząc się przed tą hołotą – ale nie było wyjścia.
Dotarła nawet do wspomnianej ladacznicy, która wstąpiła do PPR-u i mogła jeśli nie pomóc – to poważnie zaszkodzić.
Aktywistka Zocha - pocieszyła ją:
-„pani Jasiu, Stefka jo pamiętom, to fajny chłopok, wszystko bedzie dobrze.
Jo teroz jestem w kumitecie i powiem, że trza go puścić”.
Stefkowa wyrażała obawy, że teraz takie czasy burzliwe i może się coś stać mężowi.
Ale towarzyszka Zocha zapewniła ją:
-„PANI JASIU JO NA TE CASY CEKAŁAM TYLE LOT ILE MUM!!’
Pewnego dnia w domu rodziców Stefkowej pojawił się stary Pietrek – rosyjski sanitariusz, który przed marszem na zachód stacjonował już u nich w zabudowaniach. Był to stary, poczciwy i mądry Rosjanin. Polubił gospodarzy, bo pozwolili mu gotować posiłki – Pietrek był chory na żołądek. Reszta jadła niegotowane. Na przykład wysypaną na podwórko wprost z samochodu pszenicę, która po 2 dniach deszczu już kiełkowała. Poza tym zaufał im jak w cztery oczy rozmawiali o „Nowej Polszy”. Pietrek wiedział już na czym polegają uroki socjalizmu. Dlatego jak zobaczył gazety ze Lwowa z 1939r, a w nich fotografie bardzo niebłagorodne dla nowej władzy,- natychmiast kazał je spalić. W jego oczach widać było niekłamane przerażenie:
-„Pani – to nada spalić , za eto tiurma ili smiert!”
Pietrek dowiedział się o Stefku i twarz mu się rozjaśniła.
-„Pani nie biespakojties – Pietrek skażiet szto diełat”.
Pietrek wiedział jak w radzieckim raju załatwia się takie sprawy. A Polacy jeszcze są durni i szukają sprawiedliwości.
Dlatego kazał otworzyć szafę i sprzedać suknie ślubną matki, futro babki i kilka cenniejszych rzeczy. Powiedział , że musi być minimum 1000 złotych i 2 litry bimbru. Z tym trzeba pójść do komendanta NKWD. I „muż budiet wolnyj”.
Tak po prostu?? - Pytali z niedowierzaniem.
-Da, toczno - z uśmiechem potwierdził stary Pietrek - sanitariusz w służbie Krasnoj Armii.
Życzył zdrowia – cieszył się, że zobaczy swoich bliskich. Dostał na drogę flaszkę bimbru i wędzonej kiełbasy. A obrazek Matki Boskiej z dzieciątkiem, - by czuwała nad nim i jego rodziną, schował głęboko i starannie za pazuchę , rozglądając się w ciemnej sieni trwożnie, czy nie widzi tego ktoś z jego kamratów.
Stefkowa udała się do komendantury z samego rana. Komendant pieniądze schował do szuflady , bimber do szafy i wypchnął ją za drzwi.
Myślała, że jednak Pietrek się pomylił.
Ale w południe dwóch bojców przyprowadziło Stefka przed oblicze komendanta.
Komendant odczytał mu akt oskarżenia , że napadł na funkcjonariuszy na służbie i jest wrogiem ludu. Próbował się tłumaczyć, że nie jest żadnym wrogiem, a tym bardziej ludu.
Komendant walnął pięścia w stół i ryknął „MAŁCZAT!!!” „Job twaju mat”!!!
Dwóch bojców bagnetami szturnęło go w plecy.
Sytuacja wydawała się beznadziejna.
Ale komendant odsapnął.
I powiedział, że tym razem mu darują, ale jak tylko coś wywinie, to od razu do województwa, - do więzienia.
Polski „śledczy”, który cały czas milczał jak zaklęty - nagle zakończył „rozprawę”:
- „A TERZ ZAPŁACITA 1000 ZŁOTYCH NA CERWONY KSYS I DO DUMU!!
(On także musiał coś z tego mieć...)
Wywalono go za drzwi, zanim zorientował się, co się dzieje.
Całe miasteczko oglądało go jak zmartwychwstałego – gdy prawie biegł do domu. Żona na kolanach dziękowała Bogu , że zesłał ruskiego Pietrka na ratunek. Stefek jednak powiedział , że trzeba szybko szukać jeszcze 1000 złotych na „Cerwony ksys”.
Zapożyczyli się u rodziny – i przyjaciół. Stefek był wolny – na razie.
W roku 1956 szeregowy żołnierz września – Stefan, dostał wezwanie do Sądu w Lublinie. Na rozprawie orzeczono, że zdejmuje się z niego oskarżenie jakoby był wrogiem ludu i popełnił czyny zagrożone karą.
Co potwierdzono wielostronicowymi wywodami sądowymi, pieczęciami i podpisami.
Stefek żył sobie spokojnie w Polsce Ludowej, wychowywał dzieci, nie wychylał się niepotrzebnie i słuchał namiętnie Wolnej Europy.
Z czym krył się przed sąsiadami.
Idąc na emeryturę postanowił zyskać jeszcze 3% dodatek do emerytury. Ale to przysługiwało tylko odznaczonym jakimś odznaczeniem państwowym. Załatwić to można było - tylko należąc do ZBOWiD- u.
Stefek udał się do siedziby „Bojowników”.
Jakież było jego zdziwienie, gdy przywitał go Prezes – we własnej osobie Józek, który prowadził go kiedyś pod pepeszą do więzienia. Stefek zapytał jak to on nagle zrobił się takim bojownikiem. No wiesz, Stefek byłem w partyzantce, byłem ranny – mam Krzyż Walecznych. W jakiej partyzantce, jakie rany, przecież dupę to ci banshutz przestrzelił - jak kradłeś węgiel z wagonów ! Zdenerwował się znowu niepotrzebnie Stefek.
Stefciu, – Prezes konfidencjonalnie ujął go pod ramię i zapytał: – to chcesz ten krzyż czy nie??
Stefek zamilkł. W końcu kula była niemiecka. D..a prezesowska.
A emerytura polska.
Szeregowy Stefan doczekał kanciastego stołu i „Wolnej Polski” - zmarł w sposób naturalny w 1995r.
Zastanawiał się tylko, dlaczego od 1945 roku Polskę „wyzwalać”( i rządzić nią) muszą ciągle, - indywidua nie umiejące mówić po polsku. Z twarzami „ciętymi z metra”, ze „szczerym, proletariackim obliczem” i chorymi ambicjami. Z tym wschodnim „zaśpiewem”, albo z gardłowym starozakonnym „r” – czyli „ehrr”...
Ale już 200 lat wcześniej Nicolas Chamfort stwierdził, że:
„Ambicja łatwiej chwyta się małych duszyczek niż dusz wielkich, jak ogień ima się snadniej strzech niż pałaców”.
I ciągle tęsknił za swoim legendarnym dowódcą – Marszałkiem, na którego mówiono dziadek. Jego zdjęcie w mundurze i z szablą wisiało u szeregowca Stefka na honorowym miejscu w dużym pokoju , nad kredensem.



*******************


Autor (na podstawie wspomnień śp. Stefana)
© M. Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:20 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Si-bir ( Śpiąca –ziemia)

/Opowieść autentyczna/

W roku 1979 w Lądku Zdroju poznałem starszego mężczyznę w wieku ponad 70 lat. Wysoki, silny, postawny. Mogę zdradzić jego nazwisko. Nie żyje już od lat i nie miał żadnej rodziny. We wrześniu 1939 Rosjanie wkroczyli do Lwowa – gdy był świeżo po studiach prawniczych na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Zabrano go z ulicy w letnim prochowcu ( lato było gorące) – jego narzeczona została zastrzelona tego samego dnia . Broniła się na ulicy przed zalotami krasnoarmiejca i została zabita. Stefana Derżko dołączono do transportu i bydlęcym wagonem dotarł do miejscowości Matygino w głębi Rosji. Relacje jakie ten człowiek mi przekazał poprzedziły wielogodzinne rozmowy – jakie z racji pobytu w uzdrowisku – prowadziliśmy na spacerach po okolicy. Nabrał do mnie zaufania i opowiedział mi swoją historię. Historię Sybiraka, prawnika – drwala w tajdze. W Matygino osadzono go w więzieniu – starej twierdzy. Cela z betonową posadzką, okienko bez szyby, bez ogrzewania i bez jakiegokolwiek posłania i przykrycia. W letnim płaszczu przebywał tam do lutego – śpiąc na betonie. Dostał martwicy pośladków – od mroźnego betonu.
W największe mrozy, ( w Matki Boskiej Gromnicznej) –załadowano go do dużego transportu kolejowego i wyruszyli na spotkanie Sybiru. Na Magadan. Podróż była straszna. Na 3 dzień wstawiono im do wagonów żelazne piecyki na drewno. Mężczyźni wyrwali w podłodze otwór. Nieduży - co wartownicy tolerowali. To była toaleta. Gdy załatwiały się kobiety – mężczyźni stawali tyłem. Zresztą w wagonach robiło się luźno. Codziennie wygarniano z nich trupy słabszych i wyrzucano po prostu w śnieg przy torach. „Zamarzajut polskije sabaki” – stwierdzali strażnicy , z obrzydzeniem wygrużając sztywne ciała z wagonów. Dzikie zwierzęta po odjeździe eszelonu czyściły teren do kosteczki. Ustalono, że płaszcze i kożuchy jakie mieli niektórzy zmarli – będą służyć żywym. I tak więzień Derżko wyfasował stary, ale ciepły kożuch po zmarłym koledze. 4 dnia dano im gorącej wody (kipiatok) i solone śledzie. Całe szczęście, że do wagonu wpadały tumany śniegu i było czym ugasić pragnienie. Nie wie ile dni jechał. Ale nie krócej niż 3 tygodnie. W środku olbrzymiej tajgi transport zatrzymał się. Krasnoarmiejcy pomagając sobie karabinami i bagnetami – wygarniali wychudłych, sczerniałych – ledwie chodzących ludzi na nasyp kolejowy – skąd staczali się w dół , w głęboki śnieg przy sosnach. Z całego transportu przeżyła ponad połowa. Uformowani w długi wąż brnęli w tajgę – zatrzymując się – gdy strażnicy ( ośmiu na blisko 300 osób) pozwolili. Jedna z kobiet odeszła kilka kroków – by się załatwić. Krasnoarmiejec o twarzy Mongoła – zastrzelił ją – za próbę ucieczki.
Należało więźniów maksymalnie upodlić – by załatwiali się jak zwierzęta – czyli tam gdzie stoją i w grupie. Tym Rosjanie różnili się od Niemców . Ci pierwsi zabijali równie bezwzględnie. Natomiast Rosjanie przed śmiercią musieli jeszcze ofiarę upodlić. I tym generalnie różniła się cywilizacja zachodnia od azjatyckiej.
Pod wieczór żołnierze ni stąd ni zowąd zatrzymali pochód i stwierdzili: „Tut budietie żywiot”. Zresztą co za różnica - 5, 10, czy 50 kilometrów dalej, - było tak samo.
I doradzili – że kto nie zrobi sobie jakiegoś ukrycia na noc - nie przeżyje. W nocy będzie kilkadziesiąt stopni mrozu. Jedynym pocieszeniem był zupełny brak wiatru. Przy dużych mrozach ślina po splunięciu – zamarzała w bryłkę lodu – tuż nad ziemią. Po strasznej nocy – nastał pierwszy poranek w tajdze. Znowu ubyło kilkanaście osób. Przyjechał duży ciągnik wlokący olbrzymie sanie. Były tam piły, siekiery, łomy , oskardy i masa pustych beczek po paliwie. W zamarzniętej ziemi drążyli ziemianki na 5-6 osób. Nakrywali to balami ściętych sosen, ziemią, igliwiem , mchem. W środku ustawiano beczkę po paliwie - w której palono drewnem. Tej jednej rzeczy – nie brakowało na tysiącach kilometrów tajgi. Nikt nie próbował uciekać. Bo nie przebyłby pieszo tysiąca kilometrów. I zwierzęta tajgi –same wymierzyłyby mu wyrok. Zresztą nie mieli nawet pojęcia gdzie są.
I tak mijały lata. Od rana do zmroku ścinali drzewa. Czasem na wysokości piersi – gdy śnieg był tak wysoki. Kto wyrobił normę - dostawał przydział chleba. Normę zmniejszano stosownie do spadku wydajności. Często kończyło się to zagłodzeniem
i śmiercią – bo coraz słabszy i niedożywiony drwal – po prostu umierał. Tak po prostu gasł w oczach. I cicho odchodził. Leczyli się sami - w zimie najczęściej herbatą z igliwia. Zima trwała 9 miesięcy. W krótkim okresie „wiosny i lata” –zbierali zioła i jagody. Stefan Derżko opowiadał mi, że przez wszystkie te lata spędzone w tajdze tj. przez 18 lat – nigdy nie przespał całej nocy w ziemiance. Kto tak robił i wychodził rano na mróz – nabawiał się choroby płuc zwanej suchotami. I szybko umierał. Dlatego trzeba było co parę godzin wyjść w noc na mróz i przynajmniej raz obejść ziemiankę dookoła. I tak przez kilkanaście lat katorgi. W miejsce zmarłych z chorób i wycieńczenia – przychodziły nowe transporty.
Sowiety wchłaniały każdą ilość drewna jaką chodzące trupy były w stanie dostarczyć na bocznicę. „Nowi” dostarczali szczątkowych wiadomości ze świata. Na początku 1954 roku chodziły słuchy, że wojna się skończyła. Ale nikt w to nie wierzył. Co jakiś czas ktoś był wzywany do komendanta obozu i znikał. Wszyscy myśleli – że był likwidowany. Stefan Derżko został wezwany do Komendanta na wiosnę 1957r. oddał kolegom wszystko co miał – łącznie z kożuchem zmarłego kolegi. Nie sądził by na drugim świecie był mu on potrzebny.
Komendant wypytywał go o wszystko – z lat przedwojennych. Następnie powiedział ,że Hiltler kaput, jest nowa Polsza. On ma jechać do Krakowa – do Nowej Huty. Tam dostanie mieszkanie, będzie przeszkolony na maszynach liczących i będzie pracował w Hucie. Podpisał zobowiązanie, że bez zgody władz sowieckich nie zmieni miejsca zamieszkania , ani nie powie o niczym co widział i słyszał od 1939 roku od aresztowania. Powiedzieli mu ,że jeśli nie dotrzyma słowa –znajdą go wszędzie. Nie ucieknie nawet za granicą. Że mają swoich ludzi na całym świecie. Dostał ciepłe ubranie, worek z jedzeniem , propusk – pismo od władz NKWD obozu – gdzie jedzie i po co. Pismo to było wówczas cenniejsze od najlepszego paszportu na świecie. Strażnik wyprowadził go w tajgę , odwiózł do torów kolejowych i przekazał na pierwszy pociąg jadący na zachód. Człowiek ten opowiadał mi wiele rzeczy strasznych i nieprawdopodobnych – których nawet nie jestem w stanie powtórzyć . Mówiły one o okropnym życiu w tajdze. Szykanach wartowników. Głodzie chorobach i mrozie. Mówił także , że widział tam niesamowite rzeczy – o których nie powie mi nigdy. Chyba ,że leżałby już w grobie i wiedział, że zaraz umrze. To mówił człowiek wykształcony, po wyższych studiach , dzielny i odważny, odporny na straszne trudy. I nigdy mi już nie powiedział o co chodziło. Być może Rosjanie robili z nimi jakieś nieludzkie doświadczenia. Medyczne i nie tylko. Z udziałem ludzi i zwierząt. By udowodnić teorię Darwina. Słyszałem to od jednego Sybiraka. Ale to są domysły. Nie podaję tego za fakty. Prawie na pewno karmiono świnie zwłokami więźniów. Być może jedli trupy. Nie wiem.
Stefan Derżko do roku 1980 – dalej mieszkał jako emeryt w mieszkanku w Nowej Hucie , które przydzieliło mu NKWD. Odwiedziłem go tam. To było niedaleko placu na którym stał Lenin z oberwaną wybuchem piętą. Nie założył rodziny. Zmarł samotnie.
Do ostatniego dnia życia wierzył we wszechmoc potężnego NKWD, GRU i KGB.

© Marek Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:25 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Antoni – krewny Stefka

Antoni był dalekim krewnym Stefka. Właściwie trudno to nazwać pokrewieństwem – raczej powinowactwem. Gdyż Antoni był mężem siostry - teściowej Stefka. Ale jakby na to nie patrzeć – był w kręgu rodziny.
Był to bardzo poczciwy i pracowity człowiek . Łagodny i szlachetny. Żyli sobie spokojnie na przedmieściu Lublina , gdzie przeżyli ostatnie lata okupacji . Antoni , tak jak i przed wojną , od pierwszych dni „wyzwolenia” i zainstalowania się w Lublinie stalinowskiej forpoczty nowej władzy – pracował w niewielkiej fabryczce pasty do butów. W czasie wojny zarządzali nią Niemcy – a później pieczę nad nią i jej pracownikami przejęła władza ludowa.
Sekretarz PPR-u w tej pachnącej szuwaksem wytwórni chciał być równie elegancki jak byli właściciele. To znaczy , chciał by wszyscy byli szczęśliwi.
Więc postanowił, że wszyscy robotnicy z fabryczki powinni również wstąpić do PPR-u.
Antoni opierał się jak mógł, ale było to jedyne źródło utrzymania, jego i całej rodziny. Tj. żony, córki, a tu jeszcze pojawił się z końcem wojny mały szkrab – przemiły i śliczny chłopczyk.
Antoni wiedział, że jeśli będzie ostatnim „nie zrzeszonym” – to straci pracę i trzeba będzie gryźć kamienie. Czasy były ciężkie. Antoni nie miał charakteru Stefka , który gdy mu zaproponowano zaszczytne miano „towarzysza” – o mało nie pobił proponującego mu to kierownika.
Stefka uznano za wariata i dano mu spokój. A, że wykonywał wzorowo swoją pracę – postanowiono go więcej nie namawiać. Ale i nie awansować, nagradzać , dawać podwyżek.
Antoni był dodatkowo załamany najświeższym nieszczęściem , jakie dotknęło jego rodzinę. Półtoraroczny chłopczyk będący ich wielką radością – znalazł w sieni przygotowany do prania roztwór sody kaustycznej i wypił go.
Zmarł szybko w strasznych męczarniach , gdyż przełyk malutkiego dziecka – dosłownie przestał istnieć. Poczucie strasznej winy, że nie pomyśleli o lepszym zabezpieczeniu roztworu – potęgowało jeszcze ogromny ciężar bólu.
I w tym stanie współczujący sekretarz wytłumaczył Antoniemu, że społeczny robotniczy udział w dziele budowy socjalizmu – pomoże mu pokonać osobiste nieszczęście. Wszyscy kandydaci dostawali partyjne zadania do wykonania.
ZMP-owcem już raczej być nie mógł, więc postanowiono wysłać Antoniego na agitację. Przekonywać chłopów z lubelskich wsi do oddawania gospodarstw do PGR-ów , będących kopiami sowieckich kołchozów.
Antoni mimo, że całe życie był robotnikiem – nigdy nie miał przekonania do żadnych politycznych agitacji. Ale co było robić. Zapakowano cała grupę agitatorów na pakę wojskowej ciężarówki i i wywieziono do odległego miasteczka – gdzie zakwaterowano ich w hotelu. Stamtąd mieli przez kilka dni prowadzić agitację wśród chłopów okolicznych wsi. Już pierwszego dnia Antoni trafił do gospodarstwa, które miał pozyskać dla idei kolektywizmu.
Gospodarz nawet był grzeczny – Antoni także. Dziwne było tylko, że w dużym gospodarstwie było pusto. Nie było ani gospodyni ani dzieci.
Antoni nie krzyczał, nie straszył, tylko prosił chłopa by zgodził się na jego i PARTII propozycję.
Chłop rozdarł przed nim koszulę na piersiach jak Rejtan i zaczął mu robić wymówki – jak on Polak – może Polakowi proponować takie rzeczy.
By krwawicę pradziadów oddać na zniszczenie i zatracenie.
Chłop nawet zaczął płakać i łzy jak grochy padały mu na zgrzebną koszulę.
Antoni nie wytrzymał, miał za dobre serce.
I przyznał się chłopu, że robi to na polecenie – bo sam się boi, że straci pracę.
I, że jego samego to brzydzi- ale co robić – takie czasy.
Chłop otarł łzy i uściskał go jak brata – Polaka.
Antoni nie wiedział tylko, że jego pierwsze zadanie było przygotowane, a treść rozmowy została przekazana przez „chłopa-patriotę” do władz PPR-u.
Żona Antoniego czekała na powrót męża – gdy przybył milicjant i zawiadomił ją, że ma jechać do męża – bo przydarzył mu się wypadek.
Antoniowa bez zwłoki zostawiła dziecko ( jedyne jakie jej zostało) u sąsiadki i pojechała.
W hotelu , w którym mieszkał Antoni, pokazano jej makabryczny widok. Na łóżku leżał jej mąż Antoni . W ręku trzymał brzytwę, a szyję miał poderżniętą od ucha do ucha – prawie do kręgosłupa.
Antoniowa zemdlała.
Gdy ja ocucono – wytłumaczono jej, że mąż popełnił samobójstwo.
I tak Antoni zapłacił za swe dobre serce, naiwność i wiarę w ludzi – i za współpracę , trzeba przyznać – nie efektywną, z nową WŁADZĄ.
Władza i PARTIA nie tolerowała nie ideowych towarzyszy . Stanowili oni wrzód na jej ciele . I dlatego wg. zasady „kto nie z nami – ten przeciw nam” rozwiązano problem brzytwą.
Jak mawiał towarzysz Mandalian ( Andrzej – poeta , tłumacz z j. rosyjskiego agitator na garnuszku socrealizmu):

„Czujniej towarzysze
czujniej,
dotrzymamy epoce kroku
i pod skórą legitymacji
trzeba umieć wymacać wrogów”.

© M.Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:27 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Stefek antysemita

Stefek był już sporym podrostkiem. Kończył gimnazjum. Nawet zaczynał z dużą pewnością siebie zaczepiać większe i mniejsze od siebie panienki z miasteczka. Jego ojciec oprócz restauracji prowadził również sklep z bronią. Stefek miał ogromny zapał do tej dyscypliny – to jest strzelania. Ojciec, co prawda nie dawał mu do ręki strzelby, rewolweru lub karabinu, ale często Stefek dostawał od ojca niegroźny małokalibrowy Flobert i garść maleńkich naboi. Mogły one wyrządzić krzywdę, – ale Stefek przestrzegał zasad bezpieczeństwa. Strzelał tylko na ogrodzie w kierunku szop na krańcu ogrodu. Niemożliwe było, by nabój o tak małej energii potrafił przebić ściany z desek i razić kogoś na ulicy za szopami. Te treningi znakomicie wyrobiły mu oko i rękę. Tak, że będąc żołnierzem KOP-u w Czortkowie na Ukrainie – tuż przed II wojną - zbierał wszystkie nagrody i odznaki za wyjątkowo celne strzelanie. Zaczął od sznurów strzeleckich, łącznie z pomponami, urlopów nagrodowych i odznaki strzeleckiej a skończył na srebrnym zegarku z ręcznie grawerowaną dedykacją i podobizną marszałka Piłsudskiego na kopercie.
Stefek tego dnia jak zwykle ostrzelał szopę i wlazł na strych szukając ciekawego celu. Wchodząc po zewnętrznym krużganku - podeście na I piętrze, zauważył u sąsiada w ogrodzie namiot zrobiony z gałęzi. Jego starozakonny sąsiad właśnie świętował Święto Namiotów. Był to bardzo poczciwy żyd, łagodny i niezbyt bogaty. Miał sklepik ze słodyczami tuż obok restauracji ojca Stefka. Stefek robił czasem za szabesgoja, – gdy trzeba było zapalić ogień pod kuchnią u sąsiada, ( aby podgrzać przygotowany posiłek), który nie mógł tego zrobić sam. Bo PRAWO zabraniało tego robić własnoręcznie. Wszelkie potępienie spadało w sposób oczywisty na goja – Stefka. Który jednak niewiele się tym przejmował, a sklepikarz dawał mu za to 5 groszy lub czekoladkę.
Ojciec Stefka w tym dniu wyrabiał kaszanki do restauracji. W dużym pomieszczeniu za restauracją stała na stole spora miednica z krwią. W ciemnym pomieszczeniu krew wydawała się zupełnie czarna. Stefek wiedział, że starozakonni bardzo boją się krwi, a w głowie zawsze miał figle. Zszedł na dół i w dużą szprycę masarską naciągnął prawie 3 litry krwi. Poszedł na górny krużganek i wypuścił celnie całą zawartość w kierunku namiotu sąsiada. Dał się słyszeć przerażający wrzask z namiotu – jakby ktoś został przebity bagnetem na wylot, – ale Stefek nie czekał i nie cieszył oczu widokiem swojego żartu. W jego pojęciu – przedniego.
Szybko zbiegł do kuchni i odłożył szprycę na swoje miejsce.
Niewinnie zabrał Flobert spod ściany i dalej strzelał w tarczę zawieszoną na szopie.
Od frontu domu dobiegał donośny lament:
- Szhanowny Phanie Sthanicki!!! Szhanowny Phanie Sthanicki!!!
Ojciec Stefka wyszedł na ulicę i zobaczył straszny widok. Sąsiad cały ociekał krwią i ojciec Stefka, mimo, że był na I wojnie – niemal zasłabł od tego widoku.
- Co się panu stało???!!! - pytał rozpaczającego żyda.
Oglądał go dokładnie i nie było widać żadnej rany.
- To ten pana syn Stefcio – on jest okhrrropny webus, ja sziedział w kucki w swoim namiocie a on mnie oblał. Niech phan zhobaczy wszendzie kref...kref... kref...!!!
- Stefek!!!
Stefek z udawanym zdziwieniem na twarzy i Flobertem w ręce, stanął niezwłocznie w drzwiach.
Ojciec spojrzał na jego ręce. Były na nich wyraźne ślady krwi.
Ojciec odebrał mu broń i kazał mu przynieść z kąta bambusową tyczkę długości około metra i grubości 3 palców.
Stefek bez zaproszenia opuścił spodnie, włożył głowę pod oparcie krzesła, a goły tyłek wypiął podciągając kolana pod siedzisko.
To był ustalony rytuał i Stefek miał to wielokrotnie przećwiczone.
Ostatni punkt to było wymierzenie sobie samemu - ilości uderzeń. Ojciec Stefka mógł albo zatwierdzić tę liczbę – albo dodać coś jeszcze od siebie.
Obniżek nie było nigdy – nawet jak delikwent potraktował się zbyt surowo. Plan musiał być wykonany, co do joty.
Stefek wykręcając, więc w bok głowę na pytanie: „ile?” Z rezygnacją na twarzy wystękał: - „dziesięć” ???...
- Zgoda –zatwierdził ojciec Stefka.
Ojciec Stefka był bardzo wysokim, szczupłym, żylastym i silnym mężczyzną. Dodatkowo wymierzając karę – miał serce z kamienia i tylko coś wyjątkowego mogło zatrzymać jego rękę.
Egzekutor wziął potężny zamach i bambusowa pałka ze świstem opadła na chudy tyłek Stefka. Stefek tylko stęknął jak koń kopnięty w brzuch i w myśli policzył: „jeszcze TYLKO dziewięć...” Na tyłku Stefka pojawiła się krwista pręga, która wieczorem robiła się niebieskawa, na drugi dzień – granatowa z zieloną obwódką.
- Ojciec Stefka sapnąwszy z wysiłku potwierdził: „raz”!
Żyd przerażony tym widowiskiem złapał się za głowę i zaczął krzyczeć:
-Phanie Sthanicki – ja pana bardzho phroszę – niech go pan tak strhasznie nie bije, un jeszcze zemgleje albo umrze!
Ojciec Stefka wyciągnął 5 zł z kieszeni i dał sąsiadowi:
- „panie Rozekranz – niech pan weźmie i idzie do mykwy się umyć!
- „phanie Sthanicki ja nie chce żadnych phieniendzy- tylko niech go pan puści!
Ojciec Stefka w odpowiedzi wziął jeszcze potężniejszy zamach i bidne siedzenie Stefka wydało kolejne klaśniecie – a płuca burczące stęknięcie.
- „dwa”!
Żyd schował 5 zł do chałatu ( była to spora suma – w jego sklepie 20 groszy kosztowała duża szwajcarska czekolada) złapał się za głowę i z krzykiem uciekł na ulicę : „Aj waj, Aj waj” ! – dobry phanie Boże, po co ja się skarżył , un to dziecko zabije... Aj waj, aj waj!!!
Ojciec Stefka wykonał plan w 100% i zmęczony wytarł spocone czoło kraciastą chustką. Rzucił bambus pod nos Stefkowi i poszedł do restauracji napić się piwa.
Stefek wisiał jeszcze na krześle jak zmięta szmata przez parę minut.
Zwlókł się – ostrożnie podciągnął spodnie i zapiął szelki. Siedzenie pulsowało jak magma w kraterze wulkanu. Podniósł bambusowy kij i odniósł na swoje miejsce w kuchni.
Należało to do obowiązków ukaranego.

© M.Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:30 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Strzelcy alpejscy w domu Stefka

Przechodzące przez miasteczko Stefka oddziały niemieckie często zatrzymywały się w wyznaczonych przez ich komendę miejscach. Dla krótkiego odpoczynku, zjedzenia posiłków i tym podobnych wojskowych spraw w czasie przemarszu. W miasteczku Stefka kierunek był w pierwszej fazie wojny z Sowietami – jeden . To znaczy na wschód. Na zachód szły tylko eszelony kolejowe z rannymi i na urlop. Żołnierze byli jeszcze w miarę spokojni, dobrze i czysto ubrani i kompletnie uzbrojeni. Dobrze odżywieni i z wysokim morale. Gdy było duże podwórko lub ogród – żołnierzy Wehrmachtu było wszędzie pełno. Od wojsk sowieckich, które później przechodzili wielokrotnie przez miasteczko różnił ich drobny szczegół zachowania. Żołnierze niemieccy nie wchodzili do domów mieszkańców bez polecenia dowódcy. Nie byli pijani jak świnie. Nie wyciągali córek gospodarzy do szop czy w krzaki. W ogrodzie Stefka rozlokował się pododdział strzelców alpejskich. Większość z nich pochodziła z Bawarii. Umieli jeździć na nartach, wspinać się w górach na linach, mieli różnorodne – ale lekkie uzbrojenie i sprzęt do walk w terenie górzystym. Tacy dzisiejsi górscy komandosi. Zachowywali się nad wyraz grzecznie i kulturalnie. Mieli na polowych czapkach szarotki – podobne jak nasi Podhalańczycy. Dowodził nimi energiczny i spokojny kapitan – który po posiłku odpoczywał w ogrodzie wraz ze swoimi podwładnymi. Zajrzał przez otwarte okno do domu na parterze i zauważył stojące w pokoju pianino. Na którym grywała od czasu do czasu jedna z sióstr Stefka. Nie był to koncertowy instrument – ale zadbany i nastrojony. Kapitan zapukał w okno i z głębi mieszkania podszedł do okna ojciec Stefka. Kapitan zapytał po niemiecku – czy może zagrać na instrumencie. Ojciec Stefka służył w I wojnie u cesarza Franciszka i dobrze znał niemiecki. Zgodził się ( jakie miał wyjście) i zaprowadził kapitana przez korytarz do pokoju. Kapitan musiał kończyć jakąś szkołę muzyczną – bo w tym co było słychać z pokoju nawet amator był w stanie rozpoznać muzyka wyszkolonego. Kapitan zaczął od muzyki poważnej, zahaczył nawet o Szopena. Później przeszedł do wesołych i skocznych niemieckich typowych bawarskich polek.
Zakończył jakąś znaną żołnierską piosenką – która spoza okna podchwycili jego podwładni. Twardym teutońskim narzeczem wyśpiewując refreny. Ożywili i rozweselili się przy tym. Kapitan był inteligentnym jak można było zauważyć człowiekiem i przy okazji własnej przyjemności grania – podbudowywał morale swoich żołnierzy.
Kapitan skończył i zamknął wieko instrumentu. Twarde, ale uprzejme „danke” rzucił ojcu Stefka i wyszedł do ogrodu. Takich kulturalnych dowódców jacy przewinęli się przez dom Stefka nie było zbyt wielu. Ale nigdy nie było problemów z utrzymaniem dyscypliny wśród żołnierzy – przez ich dowódców. Przechodząc przez miasteczko w kierunku na zachód – nie byli już tacy uprzejmi, czyści , wypucowani i wygoleni. Patrzyli dalej butnym – ale już często wystraszonym wzrokiem. Dalej jednak słuchali swoich dowódców i bez rozkazu nie pchali się do domów mieszkańców jak insekty. Byli wrogiem okrutnym i bezwzględnym. Jednak przestrzegali wyuczonego porządku i dyscypliny. Zwykły mieszkaniec – nie wchodzący im w drogę miał szanse na przetrzymanie tego strasznego czasu do końca wojny.
© M.Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:31 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Garnitur Stefka

Stefek pracował na kolei. Nie zajmował stanowiska wysokiego, jak na jego pierwszą pracę w życiu. Wykonywał kolejową buchalterię magazynową, ale dość dobrze płatną – jak zresztą wszystkie posady na kolei państwowej, przed wojną.
Oczywiście, nie można było tego porównać z pensją maszynisty .
Kolej przed wojną była poza tym punktualna, nie tylko, dlatego, że każdy maszynista dostawał za darmo dobry zegarek – do celów służbowych.
Stefek chodził więc do swojej roboty przez - raptem dwie uliczki i żyło mu się dość dobrze.
Tego dnia jak zwykle przechodził koło dużego sklepu Srula Nusselbauma. Właściwie nie sklep – a jakbyśmy to dzisiaj określili- market w przedwojennym wydaniu.
Znajdowały się tam wszelkie przemysłowe rzeczy: - od skarpetek do roweru i aparatu do pieczenia – pn. „Czarodziej” – doktora Oetkera.
Jeśli nie było akurat roweru na składzie – Srul ściągał go w terminie jednego tygodnia.
Pytał tylko:
- czy Szanowny Phan to na phewno khupi ??
Srul stał w drzwiach sklepu i czekał na pierwszego klienta. Pierwszy klient w dniu handlu, był dla starozakonnych ogromnie ważny – byli bardzo przesądni.
Uważali oni, że od tego zależy powodzenie całego dziennego utargu. Często sprzedawali wtedy nawet z niewielkim zyskiem – chcąc tylko „złapać” klienta.
Goje wiedząc o tym, czasem wykorzystywali te ich obyczaje handlowe. Żydzi oczywiście „odbijali” to sobie na innym kliencie , bo kto - jak kto, ale oni na handlowaniu, oszukiwaniu, lichwiarstwie – znali się najlepiej ze wszystkim ludzi pod Słońcem, którym Jahwe ogrzewał równo i sprawiedliwie „naród wybrany” i „gojów” także.
- Moje uszanowanie Szanownemu Phanu !
Stefek odpowiedział
– dzień dobry panie Nusselbaum, - jak tam interesy?
-Dżękuje Szanownemu Phanu – niech Wszechmocny da Phanu zdrowie i całej rhodzinie.
Stefek chciał go wyminąć , ale Srul wyszedł ze schodów sklepu na chodnik i zagrodził mu przejście. Stefek nie chcąc wleźć do rynsztoka - zatrzymał się i spojrzał pytająco na sklepikarza.
- Szanowny Phanie Sthanicki,
Srul niemal zgiął się w pół, - tak, że jego atłasowa, czarna mycka znalazła się pod nosem Stefka. Ale jego bystre oczy umieszczone po obu stronach wydatnego , haczykowatego nosa – obserwowały go, jak przeciwnika w ringu.
Długie, kręcone pejsy kołysały się po obu stronach twarzy , opadając na czarny, wyszmelcowany chałat. Nadawało to twarzy Srula wygląd głodnego sępa – tuż przed obiadem.
- Szanowny Phanie Sthanicki – powtórzył Nusselbaum
- Nie wiem czy moja sthara głowa sze myli – czy ja moge sze o cosz zapytacz?
Stefek nie odpowiedział i Srul odebrał to jako przyzwolenie.
- czy Szanowny Phan nie phracuje przyphadkiem na kolei?
Stefek potwierdził.
- Phrosze sze nie obhrazicz, a czy ja mógbym zobaczycz Phana leghitymacje?
- Proszę bardzo – Stefek pokazał mu kolejowy dokument.
- Aj waj, - Aj waj - jaka purzondna leghitymacja, co ja mówie – to sam cymes !!
- I szanowny phan ma tam dobrą posade i zahrobek?!
- Wystarczy – powiedział Stefek – żeby nie kraść i oszukiwać.
- Rhozumie, rhozumie – ale ostanie słowo i ja już ide do mojego interesu:
Szhanowny phan taki purzondny urzędnik, osoba państwowa, - a phszephraszam bahrdzo- chodzi Phan ubrany – nie obrażając szanownego Phana – jak jakiś łapsehrdak...
Ja szanownego phana w moim sklepie ubiore tak – że sam kierownik, - co ja mówie – sam dyrektur kolejowy – bendzie sze phanu kłaniacz.
Stefek uśmiechnął się – doceniając starania Srula – „nie mam pieniędzy na takie strojenie”!
Żyd rozłożył szeroko ręce w geście starannie wyreżyserowanego- świętego oburzenia i wniósł oczy do nieba.
- A czy ja cosz mówił o phieniondzach, czy Phan to słyszał, czy ktoś to slyszał na thym Rhynku???!!!
- Szhanowny Phan wejdzie – i tylko zhobaczy. Szhanowny phan nie muszi nic kupowacz. Ja phanu phokaże wszystko co mam w sklepie – a phan sobie pójdzie sphokojnie dalej.
- Ja bahrdzo phrosze szanownego phana...
Żyd zgięty w pałąk stał przy otwartych drzwiach – a jego ręce w czarnych zarękawkach – pokazywały drogę do wejścia – jednocześnie zagradzając chodnik – jak kolejowy semafor.
Stefek wszedł do ciemnego pomieszczenia, gdzie leżały, wisiały – ogromne ilości ubrań, sukien, materiałów i wszelkich innych towarów. Zapach tych przedmiotów aż kręcił w nosie.
Nusselbaum z zawrotną prędkością – wymijając stojaki i lady – przyniósł cały stos ubrań i płaszczy.
I zaczął z niezwykłą wprawą nakładać to na Stefka , zdejmować i cmokać z zachwytu.
- Aj waj, aj waj .
Garnitur leżał rzeczywiście wspaniale, a płaszcz – elegancki i ciemny – nadawał Stefkowi wygląd amanta filmowego.
- Aj waj – ja nie mogę phana phoznacz. Phan theraz wyglondasz jak dyrektor. Co ja mówie – jak minister...
- I Szanowny Phanie Sthanicki – to wszystko, tylko za jedyne 60 złotych!...
- Za drogo, - powiedział Stefek.
- Szhanowny Phan – ja jeszcze do tego dodaje za darmo kapelusz , szalik i renkawiczki.
- Za drogo - powtórzył Stefek.
- Moje osthatnie słowo – 55 złotych!! Na twarzy Srula malowało się cierpienie człowieka okradzionego przez zbójców na gościńcu.
- Stefek wykręcił się do drzwi i powiedział – nawet nie mam przy sobie tylu pieniędzy.
Nusselbaum błyskawicznie zagrodził mu drogę.
-Phanie Sthanicki!! – ja dhrugi rhaz sze pytam – czy ja sze pytał o phana phieniondze???
- Ja Phanu mówie – niech bhendzie moja strhata – 50 złotych!!!
- I phan theraz nic nie płacisz!
- Phan tylko mi tu podpiszesz w moim kajecie – że Phan mi tho oddasz... – Co mieszonc – tylko 10 złotych. Ubranie jest już phana.
Nie czekając na odpowiedź sklepikarz zaczął pakować zakupy w papier.
Stefek nie protestował. W końcu to był dobry interes. I dla niego i sprzedawcy.
Stary Nusselbaum wręczył mu pakunek .
- Polecam sze szanownemu phanu. Przyjemnego noszenia. I niech szanowny phan nie zapomina o moim biednym sklepiku – co mieszonc – po wypłacie.
- Do widzenia szanownemu phanu!
Stefek spłacił dług nie wiadomo kiedy. Za każdym razem Nusselbaum dawał mu na kartce pokwitowanie – na której przybijał jakiś bohomaz – pieczątkę – wyciętą ze szkolnej gumki ołówkowej. Prawie do wybuchu wojny chodził w porządnym płaszczu i garniturze.
Niecałe dwa lata przed wojną musiał zdjąć cywilne ubranie i zamienić go na mundur żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza w Czortkowie na wschodnim krańcu Rzeczpospolitej. Po wojnie – gdy wrócił ze stalagu w Bawarii – ubranie było jeszcze całkiem dobre. Wisiało tylko na nim jak na strachu na wróble.
No cóż- jeniec miał pracować dla potęgi Rzeszy – a jeść tyle – by nie umrzeć.
Martwy niewolnik – jest nieprzydatny do niczego.



© Mozets

* imiona i nazwiska zmienione


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:33 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Jasiek milicjant- obrońca miasteczka Stefka

Jasiek był dużym, zwalistym, młodym chłopem z wioski niedaleko miasteczka. Miał niebieskie oczy i gęstą jak strzecha – jasną czuprynę, poza tym był bardzo silny.
Chodził powoli, mówił powoli i myślał – także powoli.
Z tego powodu na miejscowych festynach nie miał zbyt wielu kolegów – chyba, że wywiązywała się bójka. Wtedy wszyscy chcieli mieć Jaśka w swojej ekipie i po swojej stronie.
Jasiek wtedy – gdy się mu wtedy pokazało kto jest nieprzyjacielem, włączał swoje ramiona – jak potężne cepy i po jego przejściu , na łące przy festynowych deskach, zostawało pobojowisko ciężko poturbowanych. Którzy mieli czelność i odwagę stawić opór Jaśkowi. Po wykonaniu tej pracy, Jasiek był szczodrze częstowany piwem i poklepywany po potężnych plecach – przez swoich mocodawców.
Był wtedy szczęśliwy.
Natomiast drużyna przeciwna wycofywała się w pobliskie krzaki – klnąc i złorzecząc Jaśkowi, oraz źle wspominając wszystkie kobiety w jego rodzinie do 3 pokolenia wstecz.
Z matką włącznie.
Z chwilą zainstalowania w miasteczku nowej władzy robotniczo-chłopskiej , wystąpiło duże zapotrzebowanie na osobników w rodzaju Jaśka – jako pierwszej linii obrony ( i ataku) władzy ludowej.
Osobnicy o inteligencji wyższej od Jaśka, nie nadawali się do takiej roboty i dlatego rezygnowano z ich usług.
Zresztą do kierowania takimi monstrami jak Jasiek, używano innych egzemplarzy. Najczęściej byli to przedstawiciele rdzennej polskiej ludności o charakterystycznych słowiańskich cechach.
Tzn. – byli to bruneci o dużych haczykowatych nosach i mówiący wczesnosłowiańskim slangiem „jidysz”. Posiadali wspaniałe polskie nazwiska jak : Różański, Poznański, Warszawski, Holenderski, Amsterdamski, Krynicki, itp. Wszystkim tym osobnikom (płci męskiej) przydarzył się w dzieciństwie niegroźny wypadek, po którym zostali pozbawieni tzw. napletka.
Złośliwcy twierdzili, ze to pozostałość po chrzcie - przy użyciu scyzoryka.
Do pomocy jako instruktorów mieli także rdzennych Polaków, posługujących się z kolei innym narzeczem z rozkosznym wschodnim zaśpiewem. W piśmie nazywano to cyrylicą.
Zastępy tych instruktorów szkolone były już od 1917 roku i posiadały wysoki poziom wyszkolenia. Planowano ich użycie na terenach polskich już w 1920 roku ale z powodu niechętnego marszałka Piłsudskiego ich etaty uruchomiono dopiero 24 lata później. Straty czasowe nadrabiano zwiększoną gorliwością, i pracą w nadgodzinach. Np. praca w MBP trwała 24 godziny na dobę bez odpoczynku ( dla przesłuchiwanych).
Wszyscy oni kochali naszą wspólną Ojczyznę i w trosce o jej niepodległy byt i szczęście , - wysyłali na Sybir niektórych chorych obywateli, którzy źle pojmowali wierność Ojczyźnie. Do sanatoriów rozmieszczonych po całym dalekim wschodzie przyjaznego i opiekuńczego państwa – CCCP.
Całkowicie bezpłatnie.
Prewentoria organizowane były na miejscu w kopalniach węgla, uranu, oraz kamieniołomach - w najpiękniejszych miejscowościach na terenie całego kraju.
Dla kogo zabrakło miejsca – umieszczano ich w luksusowych piwnicach i lochach Urzędu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Tam stosowano wobec nich najnowsze rodzaje terapii i uzupełniano je grami towarzyskimi jak np.: wyrywanie zbędnych paznokci, polewanie na mrozie zimną wodą, zdrowotne kąpiele w fekaliach, czy niewinne łamanie kości i przypalanie papierosem. Niektórym brakowało w organizmie wielu cennych pierwiastków – jak np. ołowiu. Aplikowano go w jednorazowych dawkach - w tył głowy.
Pomagało to zdecydowanie i chorzy powracali do obiegu użyźniając kąty więziennych podwórek, wysypiska śmieci, nieużytki, okoliczne lasy i bagna.
Niektórzy mieli szczęście zakosztowania kąpieli dezynfekcyjnej w dużych dołach z wapnem palonym - tuż po kuracji ołowiem. Zmieniali się nie do poznania.
Zapotrzebowanie na osobników podobnych do Jaśka było więc olbrzymie, ponieważ niejaki towarzysz Werfel hołdował zasadzie, iż „za mordę nie powinień brać Mosiek -Staśka , a Stasiek – Staśka”.
I do tego nadawali się właśnie bardziej osobnicy pokroju Jaśka – bardziej debile niż inteligenci.
Jasiek dostał więc karabin, kieszeń naboi, mundur i opaskę. Czapkę i i kilka granatów.
Był dumny i czuł się potrzebny.
Miał teraz być autorytetem dla mieszkańców miasteczka – którzy przed wojną uważali go za niedorozwiniętego.
Całe szczęście, że nowa władza poznała się na nim i powierzyła mu zaszczytną funkcję nauczania tej nierozgarniętej ideologicznie ciemnej masy miasteczka nowego , internacjonalistycznego spojrzenia na byt.
Jednak ta ciemnota była niereformowalna i nic sobie nie robiła z opaski Jaśka, jego pięknego karabinu i blasku bijącego od funkcjonariusza.
Nawet głupkowato się uśmiechali, pukali w czoło, a wyjątkowo niewychowani – nawet pluli na ziemię.
Było to prymitywne chamstwo .
Jasiek nic sobie z tego jednak nie robił, bo wstrętne, sanacyjne, przedwojenne czasy zahartowały go już na tą jawną niesprawiedliwość i krzywdę.
Chodził po rynku miasteczka i sama jego obecność owocowała w sposób zdecydowany o wzroście praworządności na ulicach.
Nie było tylko z kim inteligentnie porozmawiać sobie jak Polak z Polakiem.
Nagabywani nieostrożni kandydaci – natychmiast umykali w pierwszą boczną uliczkę.
Jasiek postanowił więc udać się do miejscowej knajpy na rogu ulicy wylotowej z miasteczka.
Usiadł w samym kącie przy drzwiach. Zauważył, że w jego pobliżu zaraz zrobiło się pusto i wszyscy amatorzy piwa przenieśli się z kuflami w drugi koniec sali.
Jasiek zamówił piwo i czekał nudząc się niemiłosiernie. Postawił karabin w kącie i zaczął bawić się ręcznym granatem, który wyjął zza pasa.
Po chwili stwierdził, że wyciągnął zawleczkę, a dodatkowo dźwignia granatu odskoczyła i spadła na ziemię.
Dał się słyszeć trzask spłonki i nagle w powolnym umyśle Jaśka, jak na przyspieszonym filmie zaczęły jawić się obrazy zapamiętane z czasów okupacji. Pamiętał, że jeśli granat został uruchomiony – to z delikwenta albo zostawały nieruchome strzępy, albo brakowało mu później rąk , nóg i innych części ciała.
Jasiek po raz pierwszy w życiu zrozumiał – że to on szykuje na tej sali coś, na co reszta nie zasługuje. Nawet pomimo, że nie chcieli z nim gadać.
Nakrył więc granat swoim olbrzymim ciałem. Potężny wybuch podrzucił Jaśkiem do góry. A szyby w knajpie wyleciały na ulicę.
I tak skończyła się obiecująca kariera Jaśka jako utrwalacza władzy ludowej. Jaśkowi udała się jednak pośmiertnie rzecz niebywała. Wszyscy uratowani z knajpy – jak jeden mąż przyszli na pogrzeb Jaśka.
I stwierdzili zgodnie: „jednak nie był taki do końca głupi”...
Była to najwyższa pochwała jaka go spotkała , mimo że za późno.
I niestety nie mógł się nią choć trochę - podelektować...



© M. Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:35 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Synowi Stefka umiera dziadzio
Najstarszy syn Stefka – uczeń I klasy Szkoły Podstawowej wrócił do domu z ogromnym płaczem. Jego matka nie była w stanie wydobyć z niego powodu płaczu. Całe ubranko miał niemal mokre z przodu od łez i ściskał coś kurczowo w zaciśniętej piąstce. W końcu poprzez szloch wyznał – że umarł dziadzio. Z kolei jak usłyszał to jego młodszy brat – dołączył do niego w spazmach – bo bardzo lubił dziadka. Matce wreszcie udało się rozchylić zaciśnięte paluszki i wydobyła z piąstki – rozmoczoną od łez landrynkę. Dowiedziała się też, że to od dziadzia – który umarł. Zgłupiała zupełnie ale ciągle dopytywała się skąd o tym wie. Karolek wyznał – dalej szlochając ale już spokojniej, że mówiono o tym na zebraniu w szkole. Każdemu dziecku dano po 1 landrynce od "dziadzia". Matce wydało się to ogromnie podejrzane – bo gdzież by tam w szkole przejmowano się śmiercią jej ojca, który był zwykłym skromnym szewcem. Matka pobiegła na ul. Szewską do swoich rodziców sprawdzić czy to prawda, czy jej ojciec ( dziadzio Karolka ) żyje. Na mieście ludzie zachowywali się dziwnie. Ale Stefkowa biegła i nie zwracała uwagi na spłoszone spojrzenia ludzi, ciche rozmowy. Ludzie bali się okazywać radość z tego powodu. Tylko późniejszej noblistce i kilku innym chwalcom komunizmu krwawiły serca – czemu dawali upust tworząc ohydne płaszczące się koszmarne stworki. Dziadek Augustyn jak się okazało – wcale nie umarł i stukał sobie spokojnie buty na kopycie. Matka spuściła bratu lanie za kłamstwo i konfabulację. Radia jeszcze Stefek nie posiadał – było bardzo drogie. Poza tym niedawno dopiero przestali w domu świecić naftówką – a u sufitu wisiała duża mocna żarówka. Gazet Stefkowa nie kupowała- bo szkoda było pieniędzy. Nie mówiąc, że z ich łam wylewała się komunistyczna, tępa propaganda i kłamstwa. Stąd Stefkowa nie wiedziała co się dzieje w świecie. Miary dopełnił ojciec, który wracając z pracy, już w sieni cieszył się jak dziecko:
- żono – ten stary zbrodniarz, baćka Soso – wyciągnął wreszcie kopyta!!
Matka Karolka miała już zupełnie dość.
- „ja chyba zwariuję – najpierw ten mały oszust – teraz ten stary coś wymyśla.”
Wreszcie ojciec Karolka wyjaśnił sprawę. Umarł nie dziadzio Augustyn - a dziadzio Josif Wissarionowicz Dżugaszwilli - ksywa "Stalin". Słońce narodu radzieckiego i priwislinskoj strany. Wujek Soso. Cały naród miał obowiązek rozpaczać i rwać włosy z głowy. Poeci i pisarze pisali ściskające serce panegiryki i żałobne wiernopoddańcze stworki.
„Świat cały osiwiał z bólu” donosił poeta Ważyk.
Stefek jednak – były niemiecki jeniec wojenny stalagu ( Nurnberg) i powojenny więzień UB i NKWD w miasteczku - był uradowany jak nigdy. I nie miał zamiaru siwieć z tego powodu. Nie rozumieliśmy tego zupełnie. Jakkolwiek dziadzio Augustyn – żył, ale przecież jakiś dziadzio umarł. Dopiero po latach zrozumieliśmy, jaka to tragedia dotknęła Polskę i inne kraje demoludów. I dlaczego jedni cieszą się z tego – a inni – płaczą.
Dla małego umysłu dziecka było to jednak nie do pojęcia.
Chyba dlatego – że dzieci nie potrafią kłamać, tak jak dorośli. Jak mawiają kochani bracia Ukraińcy: „ditina a pjanije – prawdu howoriat”.
Stefek był pijany szczęściem.
W roku jeszcze 55 siostra Karolka z młodszym bratem wyśpiewywała z obowiązkowego śpiewnika do klasy III piosenkę dla młodzieży i dzieci szkolnych:

Stalin wszystkich bojów nasza chwałą
Stalin to młodości naszej blask
Ze Stalinem walcząc zwyciężając
Za Stalinem idzie naród nasz...

(I jeszcze kilka zwrotek w podobnym stylu...)



© Marek Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:38 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Syn Stefka idzie do szkoły

Młodszy syn Stefka został pierwszoklasistą. Ojciec zaprowadził go pierwszy raz do szkoły i pokazał mu jaką drogą ma chodzić i wracać. Dłuższa droga prowadziła przez Rynek miasteczka. Krótsza - z Rynku, wiodła wąską uliczką, do dziury w płocie ogrodzenia szkolnego. Za którym było gliniaste boisko do gry w piłkę. Droga była krótsza, lecz czasem po wąziutkiej uliczce włóczyły się kundle. Wtedy trzeba było ocenić – czy wyglądają przyjaźnie czy też są agresywne. Gdy było całe stado – mały Marek nie decydował się na skrót i szedł główną drogą. Po której wówczas rzadko kiedy jeździł samochód. Raczej konny zaprzęg był częstym widokiem. Konna budka rozwożąca pieczywo lub pocztę. Chłopski zaprzęg ciągnący mocno obładowany węglem lub drewnem wóz na drewnianych kołach. Wreszcie budzący grozę karawan, ze srebrnymi aniołkami, ciągniony przez dwa czarne konie. Zaś wóz z gumowymi, pompowanymi kołami, budził zainteresowanie – jak dzisiaj nowy model jakiegoś lepszego samochodu. Taka fura była rzadkością i kosztowała spore pieniądze. Konie ciągnęły ją bez większego wysiłku. Droga z bazaltowej kostki układanej w regularne , łukowate wzory - wiodła do niedalekiego większego miasta, w którym Marek jeszcze nigdy nie był. Za wyjątkiem pobytu w nowym szpitalu miejskim – gdy miał 5 lat. Laryngolog wycinał mu coś niepotrzebnego w jamie nosowej. Przez co Marek nie mógł dobrze oddychać, szczególnie w nocy. W połowie operacji obudził się; widocznie narkoza podawana wtedy wprost na nos z butelki z eterem, była za słaba. Ujrzał w lustrze lampy jakieś błyszczące rusztowanie z niklowanej stali w ustach. I przerażającą twarz chirurga w masce operacyjnej, z jakimiś szczypcami – kleszczami w rękach. Pielęgniarka szybko „nakapała” mu dodatkową ilość eteru na koszyczek przy nosie i Marek z powrotem zapadł w czarną dziurę. Był w pięknym, nowym szpitalu już drugi dzień – ale nie był jeszcze w toalecie - bo nie wiedział jak z niej skorzystać. Wiedział które drzwi są do toalety, ale co chwilę wchodzili tam dorośli i Mareczek bał się wchodzić. Myślał, że jak u niego w miasteczku jest to coś w rodzaju wychodka. Do którego może wejść tylko jedna osoba. Starsi mieli bezwzględne pierwszeństwo, wg jego pojęć i wychowania. Wreszcie po kilku godzinach obserwacji drzwi od toalety, i nieznośnego ciśnienia w dole brzucha - nie wytrzymał. I wykorzystał stojący obok kosz na śmieci – do celów niezgodnych z pierwotnym przeznaczeniem. Dzieci na sali, oczywiście widziały wszystko i gdy pielęgniarka zauważyła podejrzaną kałużę koło kosza – zaraz wszystkie małe rączki wskazały z łóżeczek z siatką - na wystraszonego śledztwem Mareczka. Który schował się pod kołderkę i widać mu było tylko przerażone oczy. Piguła wzięła go do łazienki i wyjaśniła, że jest tam kilka kabin z muszlami i sznurkami do spuszczania wody. Przy okazji wykąpała go w bielutkiej wannie – bo miał jeszcze ślady krwi po operacji na szyi i piersiach. Tak wyemancypowany Mareczek powrócił czyściutki i pachnący mydłem na salę. Całymi dniami obserwował z okna, jak za olbrzymimi stawami na wzgórzu - w lesie, jeździ do góry i na dół spadochron wieży spadochronowej. Było to fascynujące przeżycie. Po stawach pływali ludzie na łódkach. Pierwsze miesiące w szkole minęły szybko i nastała zima. W klasie było ponad 30 dzieci. Toalety były na podwórku - w stylu koszarowych czarnych "ścian płaczu" dla chłopców i betonowych otworów w posadzce. W zimie w klasie było zimno.
Dzieci siedziały na lekcjach w płaszczach i czapkach - jak był duży mróz.
W klasach były piece kaflowe. Tym co siedzieli koło pieca było ciepło. Kilka ławek dalej było już zimno. Podłogi w klasach były z desek, nasączanych terem . Mazistą, czarną substancją ropopochodną, o intensywnym zapachu podkładów kolejowych. Nauczycielką od „wszystkiego” była młoda i miła nauczycielka. Dyrektor szkoły mieszkał w budynku szkolnym wraz z rodziną; w tym z synem – kilkunastoletnim chłopcem, z którym lepiej było nie zaczynać. Tego dnia mały Mareczek ubrał się wcześnie – by czasem nie spóźnić się na zajęcia. Umiał już odczytać godzinę na dużym budziku stojącym w kuchni na stole. Budzik miał obudowę z niklowanej blachy , duże czarne cyfry na tarczy i dzwonił bardzo głośno dwoma dzwonkami , w kształcie odwróconych miseczek. Mareczek ubierał się po cichutku – bo w domu po nocnej zmianie spał ojciec. Wyłączył wcześniej dzwonek budzika specjalnym wichajstrem – by alarm dzwonka nie obudził ojca. Ojciec nie był człowiekiem – do którego Mareczek garnąłby się z otwartymi ramionkami. Mężczyzna był surowy i Mareczek trochę się go bał. Chłopiec był drobnym malutkim człowieczkiem w ciepłym, szarym płaszczyku sukiennym.
Ubrał krótkie spodenki na szelkach pod którymi miał podwójne, grube „patentowe” pończochy na tzw. "halterach", ( gumowych szelkach). Na nogach 2 pary wełnianych skarpet i zimowe olbrzymie trzewiki. Na wierzch płaszczyk zimowy z kołnierzem z baraniego, czarnego futerka. Wyglądał jak Chaplin w mini-wydaniu. Tak ubrana chodziła wówczas większość dzieci. Długie spodnie przeważnie otrzymywało się w 7 - ostatniej klasie szkoły podstawowej. Ubrał też ciepłą czapkę również podbitą baranim futerkiem. Umiał już zawiązywać sznurówki, ale nie potrafił zapiąć klamry paska od płaszczyka. Przez którą trzeba było przewlec z dużym wysiłkiem sukienny, gruby pasek.
Bał się jednak obudzić ojca. Popatrzył na budzik, który głośno, miarowo stukotał na stole – jakby miał zamiar maszerować na defiladzie. Było jeszcze dużo czasu – stał więc przy łóżku nieruchomo i starał się oddychać jak najciszej. Ojciec poruszył się i spojrzał na niego. Domyślił się, że ma on kłopot ( nie pierwszy raz) z klamrą od płaszcza. Sprawnie zacisnął mu pasek i przewrócił się ponownie twarzą do ściany. Mareczek po cichutku zabrał teczkę z zeszytami i elementarzem. Delikatnie zamknął drzwi od mieszkania i potem drugie z długiej sieni na pole. Był piękny, śnieżny dzień - nieduży mróz. Niebo zasłonięte niebieskimi chmurami, które zwiastowały dalsze opady śniegu. Podskakiwał w swoich czaplinowskich buciorkach i ślizgał się na oblodzonych ścieżkach – błyszczących co i rusz, jak podłużne lusterka w udeptanym śniegu na chodnikach.
Minął Rynek i pompę, z której zwieszały się zamarznięte lodowe warkocze . Obok leżały wyrzucone z wiader zamarznięte, lodowe kloce – jak kryształowe, olbrzymie babki.
Na podwórku szkolnym nie było jeszcze nikogo z kolegów. Do przerwy było sporo czasu. Nie wchodził więc na korytarz – by woźny go czasem nie przegonił ( co tam robi w czasie lekcji). Dla rozgrzania nóg przytupywał i robił po kilka kroków. Zauważył, że po terenie przylegającym do budynku, na wysokich wzgórkach, które kryły duże kopce z ziemniakami -biega jak szalony syn dyrektora szkoły.
Zauważył malucha, owinął kamień w śniegową kulę i z dużej odległości udało mu się trafić pierwszoklasistę prosto w nos.
Bo się na niego gapił i to go zdenerwowało.
Mały nosek został dosłownie zmiażdżony.
Mareczek stał tak - ogłupiały z bólu z masywnym krwotokiem z nosa, aż jakaś nauczycielka zaprowadziła go do ośrodka zdrowia, do doktora Szanka. Poskładał mu jakoś nieszczęsny nos, włożył do dziurek tampony z ligniny i odesłał do domu. W szkole zarządzono śledztwo. Gdy zapytano malca, kto to zrobił - bez wahania wskazał na syna dyrektora. Ten zaprzeczył i spoza nauczycieli pokazywał Mareczkowi, że stłucze go na kwaśne jabłko.
Dla zobrazowania zemsty – stukał się zaciśniętą pięścią pod brodę. Dyrektor powiedział, że jeśli uczeń I klasy będzie tak dalej bezczelnie kłamał, obniży mu sprawowanie. Ojciec Mareczka protestował - ale nic nie wskórał.
Gdy Marek był w III klasie szkoły podstawowej, jego ojciec otrzymał piękne mieszkanie w pobliskim mieście. Mareczek trafił do nowej szkoły w której było także Liceum o dumnej nazwie „44”. Nową panią wychowawczynią była starsza kobieta. Siwa , duża, gruba i bardzo silna. Dyscyplina w tej szkole przypominała koszary wojskowe w jednostce karnej. Uczniowie siedzieli w ławkach po trzech. Cały czas musieli mieć ręce za plecami i plecy przyciśnięte do tylnego oparcia z desek. Nie rozmawiać i patrzeć na nauczyciela. Chyba, że pisali w zeszycie, lub czytali z podręcznika. Nie pytani – nie odzywali się. W klasie było cicho jak makiem zasiał. Gdy któryś z chłopców coś zbroił – pani kładła go na stole pod tablicą, wyciągała z doniczki z kwiatami na parapecie okna, kilka solidnych kijków od chorągiewek 1-majowych i trzymając delikwenta za kark w twardym uścisku , biła go po siedzeniu. Było to z reguły kilka , kilkanaście uderzeń z całej pedagogicznej siły.
Pani po egzekucji była spocona, zadyszana i czerwona na twarzy.
Nad tablicą wisiały 3 portrety.
Gomułki - z końską, długą twarzą, łysego jak kolano Cyrankiewicza i Spychalskiego – w mundurze marszałka.
Mareczek darzył zainteresowaniem tylko świętego w mundurze.
Łysy Cyrankiewicz ( właśc. Cymerman) wydawał mu się groźny. Od dziecka Mareczek miał zainteresowania mundurem i bronią. Jako trzyletni malec wykorzystywał wszystko co było podobne do rewolweru i naśladując ładowanie magazynka groźnie celował, ( nawet ze wskazującego palca dłoni) w stronę potencjalnych wrogów.
I dziarsko pokrzykiwał:
- „kolka, kolka, - buch!buch!buch!”
Co oznaczało:
- „kulka, kulka ( naboje ładowane do bębna broni) i dalej buch, buch – czyli wystrzały.
1 maja wszystkie dzieci miały obowiązek brać udział w pochodzie. Dzień wcześniej ulicami miasta przechodzili wieczorem , wraz z całą szkołą w capstrzyku. Starsi uczniowie nieśli na długich kijach płonące kaganki wypełnione pakułami i naftą. Wszyscy skandowali antykapitalistyczne, buńczuczne hasła, podawane przez jedną wysoko upartyjnioną nauczycielkę ( spełniającą rolę „zapiewajły”).
Przypominało to niemieckie partaitagi z czasów niemieckich, przed II wojną.
W Boże Ciało zaś, by dzieci nie szły na procesję – pod szkołę zajeżdżały ciężarowe samochody z pobliskiej Huty. Miały ławki w poprzek skrzyń i przykryte były plandeką.
Wszystkie dzieci wywożone były daleko od miasta, kilkadziesiąt kilometrów - w Góry Pieprzowe, gdzie pół dnia włóczyły się po chaszczach i zaroślach. Na obiad przywożono je z powrotem do miasta. Dzieci , które nie były na capstrzyku, pochodzie 1-majowym lub na obowiązkowej wycieczce – musiały przynieść na piśmie usprawiedliwienie od rodziców.
Nie zdarzało się, by rodzice podawali rzeczywiste powody ( rzadkie) nieobecności. Mogło to działać w dwie strony. Szykany ponosiło wtedy dziecko i tato w pracy. Matki prawie wszystkie, nie pracowały w tych czasach zawodowo. Zajmowały się domem i dziećmi. I te miłe wspomnienia obecności matki, zadbanego domu, smacznych obiadów i matczynego spokoju zostały mu do końca życia.


© Marek Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:44 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Stefek i szafa grająca.

Ojciec Stefka był właścicielem kamienicy i restauracji ze sklepem w tej-że kamienicy.
Wrócił właśnie szczęśliwie z I wojny światowej, gdzie był żołnierzem cesarza Franciszka Józefa.
Miasteczko zaczęło żyć szybszym rytmem i zaczęto przebąkiwać o budowie dużych zakładów w pobliskiej puszczy sosnowej.
I obroty w restauracji, wraz z napływem robotników ( i gotówki) zaczęły rosnąć obiecująco.
Ojciec Stefka zakupił więc we Wiedniu szafę grającą, dla umilania czasu gościom i dla zarobku – oczywiście. Urządzenie to przypominało olbrzymią, typową szafę wysokości ponad 2 metry, z łukowatymi drzwiami z przodu. Drzwi wypełnione były malowidłem na tkaninie – przez którą wydobywał się dźwięk z wnętrza szafy. Malowidło przedstawiało kozaka na koniu, pędzącego po stepie z szablą w dłoni.
Szafa miała z boku korbkę i błyszczący szyld z dwunastoma wyżłobieniami-dołkami, w które wchodził zatrzask – bolec od korbki. Każde z tych wgłębień oznaczało wybranie jednej z 12 melodii. Na początku było: „Boże coś Polskę”, walce Straussa, a nawet „Jeszcze Polska nie zginęła” i „Warszawianka”. Poniżej korbki umieszczony był w szyldzie otwór, przez który wrzucało się srebrne 20 groszy. Wpadało to do szufladki zamykanej sprytnym zamkiem. Ale Stefek był także sprytny i podbierał czasem ojcu część utargu z szafy.
Szczególnie wtedy, gdy ten wymłócił mu za coś siedzenie trzciną – a właściwie cienką, bambusową pałką. Stefek co prawda nie był niewinnym i grzecznym dzieckiem i dlatego przynajmniej co drugi raz - lanie było zasłużone.
Podkradanie pieniędzy, poprawiało więc Stefkowi humor po egzekucji i było swoistym wyrównaniem rachunków.
Jego ojciec był postawnym , wysokim mężczyzną, - dość surowym i rękę miał ciężką...
Po otwarciu drzwi szafy, widać było umieszczony w poprzek olbrzymi , mosiężny bęben z tysiącami stalowych sztyftów na powierzchni, które wprawiały w ruch różne piszczałki, bębenki, cymbałki i trąbki.
Było to bardzo drogie urządzenie i nikt więcej w miasteczku go nie posiadał.
Nawet bogaci restauratorzy żydowscy.
Odbiorniki radiowe dopiero zaczynały się pojawiać, chociaż nie było czym ich zasilać: nie było instalacji i elektrowni.
Syn Stefka zobaczył tę szafę kilkanaście lat po wojnie. Stała na zapleczu jednego ze sklepów. Zakurzona, zdewastowana, z rozszabrowanym wnętrzem. Ale gdy się zaczęło kręcić palcem zębatkę napędu bębna, można było jeszcze usłyszeć kulawą melodię: „Boże coś Polskę”.
Szafa stała w tajemniczym pokoju na tyłach dawnej restauracji i sklepu. Całe pomieszczenie zawalone było gratami, słoikami, starym sprzętem. A wszystko przysypane było, jak szarym pudrem, grubą warstwą pyłu- kurzu.
Pamiętając opowieści ojca, zaczął majstrować przy szufladce na pieniądze. Szufladka wyskoczyła, napędzając mu strachu w tej scenerii z przeszłości. Poczuł na plecach spojrzenie dziadka z zaświatów, który umarł właśnie w tym pokoju, przed laty.
W szufladce leżało na dnie kilka przedwojennych, srebrnych dwudziestogroszówek.
Syn Stefka przypomniał sobie o szafie , gdy wiele lat później w miasteczku otwarto muzeum w dawnym pałacu księcia i właściciela miasteczka. Pomyślał, że szafa mogłaby stanowić cenny eksponat i jednocześnie jej widok przypominałby zwiedzającym jeden z przedmiotów kultury mieszczańskiej miasteczka z tamtego okresu.
Ale było już za późno. Mieszkaniec kamienicy zezwolił na sprzedaż zabytkowego, bezcennego eksponatu , za psie pieniądze – jakiemuś kolekcjonerowi. Także zabytkowej szabli kozackiej, wiszącej przez wiek niemalże w salonie i gramofonu z tubą.
© M. Mozets


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Post: 02 cze 2015, 15:50 

Rejestracja: 30 mar 2015, 13:06
Posty: 181
Partyzant - szwagier Stefka

Kazimierz był młodym chłopcem, gdy wybuchła ostatnia wojna. Ale kręcił się koło starszych, z których wielu uciekało później w okoliczne lasy i dołączało do partyzantów. Był jednak jeszcze za młody – by go tam przyjęto. Nie był jednak za młody do pracy i pracował w pobliskiej Hucie, którą kierowali niemieccy nadzorcy. Kazimierz miał przekonania narodowe, jak cała jego rodzina. I jego ojciec, który w czasie I wojny był rosyjskim jeńcem i do końca wojny był ze swoim bratem – także żołnierzem – na Syberii.
Wrócił z tego okrutnego i nieludzkiego miejsca na ziemi – sam . Jego brat został w śniegach tajgi. Kazimierz miał kolegów , którzy jak i on, wyrabiali ze stali nierdzewnej maleńkie mieczyki – które nosili ukryte pod klapami marynarek. Ten mieczyk – to wszystko, co pozostało po nim w rodzinnym domu oprócz kilku fotografii. Natarcie Czerwonej Armii zbliżało się od Wschodu do dawnych granic Polski i Kazimierz bał się , że nie zdąży wziąć udziału w walce z Niemcami. I dlatego w młodzieńczym porywie i niecierpliwości posłuchał jednego ze starszych i pewnego dnia zniknął z domu. Jego przewodnik nie powiedział mu – do kogo go zaprowadzi. Na miejscu okazało się, że to oddział GL – współpracujący z rosyjskimi partyzantami ( a oni z NKWD).
Kazimierz był na tyle młody i honorowy, że nie wypadało mu już opuścić „towarzyszy”. Chyba nawet nie daliby mu już wrócić – lub szukać innego oddziału. Nie mógł przecież powiedzieć NKWD-zistom , że chce walczyć w AK. Choć jego „przewodnik” sympatyzujący później z komunistami – uciekł z partyzantki, trzeciego dnia - przed pierwszą ciężką bitwą, jaka się szykowała.
Ciekawe tylko, że we wszystkich bitwach , gdzie brali udział razem z Rosjanami- straty Rosjan były niewielkie – w porównaniu z ich własnymi. Dostawali się zawsze pod najcięższy ogień i cudem wychodzili z okrążenia. Zostawiając za sobą prawie połowę oddziału martwego lub ciężko rannego.
Dziwnym trafem w ostatniej bitwie, w której brał udział Kazimierz ps. „Przepiórka” – jego oddział został prawie całkowicie wybity. A Rosjanom udało się wyjść z okrążenia - bez większych strat. Partyzant Kazimierz zginął trafiony serią z karabinu maszynowego jak dopiero co skończył 18 lat. Jedynym zyskiem z jego niepotrzebnej śmierci było, że jego rodzice nie byli nękani przez UB i NKWD – gdy Rosjanie wkroczyli niedługo potem do miasteczka.
Oraz Milicję, o mało co nie - obywatelską.

(C) M.Mozets


Załączniki:
Partyzant szwagier Stefka.doc [1.28 MiB]
Pobrany 75 razy
Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 12 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group